Czyżby Rewa w niedzielę ???

Igor, apropo's rybaków i wędkarzy kilka fotek z dzisiejszej wyprawy na dorsza

4-5B i nieezłe bujanko na pokładzie







 

Rejs wedkarski kolobrzeg

WITAMY wszystkich zapalonych miłośników wędkarstwa morskiego. Chcielibyśmy zapoznać Państwa z naszą ofertą połowów na morzu. Jest ona skierowana do amatorów, profesjonalistów, wędkarzy indywidualnych oraz zorganizowanych grup wędkarskich. Więcej informacji na temat naszej oferty znajdziecie państwo w poszczególnych działach, na naszej stronie.www.tampoland.pl Kon tel.604189120 Najbliższy rejs wolne miejsca 21.04oraz29.04.2007r.

"MONIKA III" jest jednostką przystosowaną do całorocznych wypraw. Statek stacjonuje i wypływa z portu w KOłOBRZEGU. Wyprawy będą trwały ok. 9 h.
Chcesz przeżyć fantastyczną przygodę, doznać niesamowitych wrażeń których nigdy nie zapomnisz? Przyjedź powędkowac na pełnym morzu. Rejsy 7 dni w tygodniu odbywają się na 25 metrowej jednostce Monika III. Miejsce postoju - nabrzeże przy latarni morskiej Kołobrzeg . łowimy dorsza na łowiskach o głębokościach do .50m Gorące napoje, posiłek w cenie rejsu. Wędkarzom zapewniamy sprzęt.

Kon tel.604189120 Najbliższy rejs 21.04oraz29.04.2007r.

Wyprawa na dorsze 29-04-2007 niedziela - po wyprawie

wypłyneliśmy z marcinem(reszta muszkieterów się wykruszyła i ich szczęście)
w dniu 3.05.2007 na kutrze denega radość ogromna że wypływamy no i z tej radości nie wzieliśmy tabletek na dolegliwości związane z dużymi falami.Początkowo frajda nieziemska 1 dorsz ,jeden zerwany po cięzkim holu ale zaczeło mocno kołysac szczególnie w trakcie drywu i pokolei zaczeli wędkarze odpadać bez wyjądku tego się nieda opisać kto już to przeżył to wie kto nie polecam następną wyprawe więcej juz niepisze bo mnie jeszcze mdli.

p/s żeby nie te fale

Kupie / sprzedam / zamienie / oddam / itp.

Do sprzedania mam wędeczke typową do połowu z kutra na morzu, dostałem ją w prezencie a niezamierzam jeździć na dorsze wiec jest mi zbędna. Wędka w 100% Nowa, sprawna nieuszkodzona, nieposiada ŻADNYCH śladów użytkowania. niewiem ile ejst warta i boje się psiać jakąś cenę która zniechęci kupującego. Jestem gotów zgdozic się na niemal ze każdą sumę Jak ktoś jest zainteresowany to proszę wysyłąć swoją propozycje na gg:7815080 lub mail: TomekN25@gmail.com
Fotki:





posiadam takze filmy wędkarskie serii wędkarstwo Moje hobby Mam ich 12 w orginalnych pudełkach nieporysowane płyty, niezniszczone, zadbane. Chętnie się z kimś wymienię tymi filmami, ponieważ jestem raczej zwolennikiem ryby białej słodkowodnej. Jestem gotów za taki film dać dwa o innej tematyce (np: spinning, jakieś morskie wyprawy)

gg:7815080 Mail: TomekN25@gmail.com

Pozdro

 

ŁEBA-plaża i port.

Witam wszystkich kolegów.Chciałbym zaczerpnąć trochę wiedzy o łowisku takim jak port i plaża w Łebie.Może to i trochę za wcześnie bo zima w pełni i o wyprawach wędkarskich narazie nie ma mowy tym bardziej że śnieg zawiał nam wszystkie dzikie drogi dojazdowe do tych małych rzek w centralnej Polsce :shock:Po prostu ciężkie czasy nastały.Ale do czego zmierzam?Czasu jest dużo ale już szykujemy się duchowo na weekend majowy by połowić trochę w morzu.Napewno będzie jedna wyprawa kutrem na dorsza i byłbym wdzięczny za info kogo polecacie w Łebie by wyjazd nie był wycieczką krajoznawczą tylko morską przygodą (oprócz sztormu oczywiście).Oczywiście nie nastawiamy się na tony ryb bo to nie zależy od nas ale chrzest dorszowy musi być.I pozostaje nam jeszcze plaża i basen portowy Żadnego doświadczenia nie mamy więc pozostają nam rady kolegów i szczęście na nowym łowisku Więc proszę kolegów o wskazówki jakie rybki można złowić w tym okresie w basenach portowych i trochę o metodach połowu bo wyjdzie na to że kupę sprzętu nabierzemy i połowa okaże bezużyteczna.Jakby nie było będzie to dla mnie prawdziwy chrzest więc z wędkarskim pozdrowieniem będę łykał wszystkie Wasze porady i wskazówki.

ŁEBA-plaża i port.

Chciałbym podzielić się spostrzeżeniami dotyczące połowu dorsza. Mianowicie po sztormach polowy są bardzo mizerne-ryba rozgoniona zeszła głębiej w Łebie musiałby szyper płynąć poza strefę-odprawa celna, trzy -cztery dni w miarę spokojnego morza dorsz podchodzi bliżej brzegu i wyniki zaraz są lepsze.zatem planujmy wyprawy nie odrazu po sztormie a doznania wędkarskie będą naprawdę nie do zapomnienia.

WYPRAWA NA DORSZE

Witam wszystkich,chciałbym zacząc nowy temat a mianowicie jak przygotowac łodz do wyprawy wedkarskiej na Bałtyku (dorsze)
Jak powinna byc wyposarzona łodz ktorą bezpiecznie mozemy wypłynąc w Bałtyk wedkowac.
Czy powinnismy posiadac GPS lub kompas, silnik pomocniczy (awaryjny),
radio UKF, Echosonda to raczej oczywiste.
Jak daleko musze wypłynąc zeby zacząc łapac (dorsze).
Poprosze o pomoc doswiadczonych Motorowodniakow

Podziekowania

Witam Kolege serdecznie.Bodzie jak kolega mi powiedzial ze pisales do mnie to od razu przyszedlem do niego.Ciesze sie ze okazales sie facetem na poziomie.Malo juz jest takich gosci.Jutro ci wysylam plytke ze zdjeciami z moich wypraw wedkarskich i oczekuje na zdjecia z twojej wyprawy na dorsze.Do zobaczenia na rybach.Pozdrawiamy Jacek i Michał

Poszukujemy 2 chetnych do wyprawy na dorsze-kutrem Darlowiak

29 marca jedziemy ekipą(10 osób) do Darłówka na dwudniowy rejs kutrem Darłowiak.Mamy zapewnione pełne wyzywienie,czysta posciel,profesjonalnym sprzet wędkarski.Potrzebujemy jeszcze 2 chętnych osób.Wyjezdzamy z Katowic wlasnymi samochodami(koszty za paliwo dzielimy po rowno),po drodze mozemy kogos zgarnąć.
Jesli bylby ktos chetny prosze pisac na PW lub w tym temacie,chetnie udziele pozostalych informacji.
POZDRAWIAM

Wędka za dłuto

Na kilkanaście dni zamieniłem dłuto na wędkę Byłem na kolejnej wyprawie wędkarskiej w Norwegii (w tym samym miejscu co w ubiegłym roku - Archipelag Vikna, okolice Kolvereid). Pogoda nie sprzyjała wędkowaniu, ale i tak emocji było co niemiara.











Pogoda wybitnie nam nie sprzyjała, więc i zbyt wielkich sukcesów nie było, ale trafiały się dość pokaźne brosmy, dorsze, molwy, czarniaki, rdzawce itp. smaczne rybki. Zauroczony widokami Skandynawii, emocjami wędkarskimi postanowiłem jeszcze raz w tym roku w sierpniu wyruszyć na wyprawę wędkarską. Tym razem już na samo Koło Polarne w okolice Tromso. A tymczasem ...... biorę się za dłuta i w te pędy do rzeźbienia

Pozdrawiam Gotfryd(ek)

pomocy:)

witam:) szukam dobrych lowisk ryb drapieznych .. najlepiej bez koniecznosci posiadania karty wedkarskiej..jestem z okolic Leszna

i kolejne pytanie: gdzie na dorsza? chodzi mi o to czy gdzies z mojej okolicy wyruszaja jakies wycieczki itp.. oraz koszty takiej wyprawy...

pozdrawiam
Regulamin www.wedkowanie.net
8. Nazwa tematu powinna krótko przedstawiać treść, jaką będzie zawierać. Nie nazywaj tematu słowami typu:"Pomocy","Ratunku","O co chodzi","Co to?" itp.

1

Startując w tegorocznym Pucharze Wędkarza Polskiego miałem okazję wypłynąć w morze na kutrze DAR 19 i mogę polecić ten kuter wszystkim wybierającym się na Dorsza z Darłowa.
Załoga bardzo miła. Szyper bardzo dobrze znający łowiska i znany w Darłowie. Dla zainteresowanych służę numerem telefonu. W trakcie wyprawy mieliśmy dwa posiłki i było bardzo sympatycznie.

Wyprawa wędkarska

Zapraszam wszystkich wędkarzy słodkowodnych na przygodę z dorszem. Wypłynięcie na pokładzie kutra rybackiego z Łeby na pełne morze i gwarantowane 12 godzin połowu. Oczywiście słabogłowi bedą puszczać meduzy zamiast łowić ale jeden musi zanęcić aby złowić mógł ktoś. Łapie się dorsze takiej wielkości, że ramienia nie starczy aby pokazać. Jak widać jest to wyprawa dla prawdziwych facetów.

SARBINOWO - Camping ADA

Cytat:apisz prosze jeszcze jakie sa oplaty dotyczace wedkowania na morzu i jakie rybki mozna zlowic.


Tomku, koszt takiego rejsu ksztaltuje sie w zaleznosci od jednostki od 100 do 150zl.
W rejs wyplywa sie o 5 lub 6 rano i trwa 8 lub 10 godzin. Na pierwsze lowisko plynie sie dlugo (niekiedy ok 2 godzin) ale w tym czasie obsluga podaje sniadanko wedkarzom. U nas byl smalec, ogorki, i takie tam mmm palce lizac
Mozna zlowic dorsza i to jest glowny cel wyprawy, czasami belone ale to rzadkosc. Niestety nie kazda jednostka jest warta polecenia, sa tacy, ktorzy plyna aby tylko plynac a zrozumienie obrazu echosondy jest dla nich obce. My bylismy w trojke, placilismy 130zl za 10 godzin rejsu. Lacznie zlapalismy cos okolo 50 dorszy. Warto poplynac bedac np na wczasach, to niezle wyzwanie tylko miesnie rak bola potem od pompowania bo uciag zylki na takiej glebokosci daje w kosc
Aha no i kucharz tez lowil razem z wedkarzami aby okolo 13 swiezutkie dorszyki podac nam z ziemniaczkami i suroweczka na obiad. Mniam, ryba niemal macha ogonem na talerzu
Cytat:Domyslam sie, ze wystarczy wypatroszyc i przyrzadzic na kempingu


Kazdorazowo kiedy rusza sie na nastepne lowisko obsluga chodzi i kazdemu w skrzynce rybke oprawia, tak wstepnie oczywiscie (mewy sie ciesza).
Jezeli chodzi o te rejony gdzie my bylismy to byla to North Star, najwieksza jednostka w tym rejonie a wyplywa z Darlowka http://www.north-star.pl/.
I co najwazniejsze, kapitan nie jest chytry! Bylo nas zaledwie 16 i wiecej zgloszen nie przyjmowal. To wazne, bo kazdy ma sporo miejsca i zylki sie nie placza, nie tak jak na mniejszych lajbach gdzie na 1 metr burty jest dwoch wedkarzy.

Armatorzy, Ci lepsi i Ci gorsi

Witajcie.
24 lutego wybieram się z kolegami na Denegę do Władysławowa. Jako jedyny byłem już na rejsach wędkarskich. Moi czterej kompani to żółtodzioby Myślę zatem, że relacja z tej wyprawy będzie ciekawa:)
Z Denegi jeszcze nie wędkowałem.

Pierwsza moja wyprawa odbyła się w Łebie w 2005 roku. Kuter - DELFIN C. Bardzo miło ją wspominam. Załoga zabawna a szyper dobrze napływał na ławice. Pierwsze złowione dorsze wrzucono na patelnie i smakowaliśmy z rana super świerzutką rybkę. Smakowały wybornie Mimo to wędkujący, których dorsze powędrowały na patelnię, nie byli o nie wcale ubożsi, gdyż jeden z załogatnów sam później chwycił za kij i owe niedobory w skrzynkach uzupełnił. Natomiast to, co zostało w żołądkach, to juz nasze ... no może za wyjątkiem 1-2 panów, których morze poprosiło o zwrot
Owy wędkarz-załogant, mimo żem był żółtodziób, wyzwał mnie na pojedynek w ilości złowionych sztuk. Co miłe, jednocześnie udzielił mi kilku wskazówek, jakże ważnych dla początkującego. Wysłuchałem uważnie, gdyż owy pan zdążył się w międzyczasie pochwalić 6 miejscem w MP.
Niestety, konkurs został nierozstrzygnięty... Ja złowiłem 26 sztuk, a mój rywal upolował... pryczę i obudził się jak wracaliśmy do portu Troszkę był zmęczony, o czym świadczyły delikatne wypieki na policzkach, nie będące notabene skutkiem nadmiernego przebywania na słońcu
W całym rejsie była jedna większa sztuka, chyba 4,5 kg. reszta to w 70% małe bolki i w 30% 1,5 kilówki.
Kuter DELFIN C w Łebie - polecam.

W zeszłym roku byłem na Neptunie we Władysławowie. Warunki były trudne. Połowa wędkujących miała przejścia żołądkowe. Ja niemal przez cały rejs - ale sam sobie jestem winien, bo poprzedniego wieczoru wypiłem o 2 kieliszki za dużo i organizm nie wytrzymał... Mimo to w bulach, konwulsjach i przy małych kłopotach technicznych (straciłem ponad 30 m plecionki z gwizdkiem i przywieszkami - przelotka pękła i ją przecięła) złowiłem 12 sztuk. Mój kolega co był pierwszy raz - tyle samo. Ale człowiek stojący koło mnie ponad 30. Reszta po kilkanaście. Większych sztuk nie było... 2 kg - największa.
Opinia co do Neptuna - oczywiście pozytywna.

Chciałbym wreszcie trafić na żerowanie chociażby 3-4 kilówek.
Zobaczymy, jak będzie teraz. Zimą jeszcze nie łowiłem.

Prośba do Was koledzy: Jeśli piszecie nazwę jakiegoś kutra, to nie zapominajcie dodawać miejscowości! To ułatwia orientację co i gdzie.
Pozdrawiam forumowiczów

Katamaranem na dorsze

Połów dorszy w Bałtyku dla wielu z nas wciąż pozostaje w sferze marzeń lub niespełnionych planów. Często obiecujemy sobie zafundować takie wędkowanie, nie wiemy jednak, jak się do tego zabrać, gdzie pojechać, jaki sprzęt przygotować. Ci, którzy mają już taki rejs za sobą twierdzą, że kto raz zasmakuje morskiego wędkowania, nie opędzi się łatwo od planowania kolejnych wypraw. Dorsze można łowić z kutrów i mniejszych łodzi czasem wiele mil morskich od brzegu i z dużych głębokości, sięgających niekiedy 90 metrów. Jednostek pływających, oferujących zarówno fachową pomoc jak i odpowiedni sprzęt jest wiele, jedną z nich jest katamaran Kubuś. Jego portem macierzystym jest Łeba. Katamaran Kubuś został zbudowany w Stoczni Wisła w 1976 r., armator nadał mu nazwę „Pilot - 21”. Statek pierwotnie przeznaczony był do służby pilotowej na obszarze portów polskich oraz w pasie przybrzeżnym o szerokości około 10 mil morskich.Dwanaście lat temu nazwa statku została zmieniona na „Katamaran Kubuś” i od tamtej pory z wielkim powodzeniem jednostka pełni funkcję rekreacyjno - turystyczną. Jednym z walorów Kubusia, docenianym przez pasażerów rejsów turystycznych i wędkarskich jest duży i płaski pokład. Dzięki temu wyprawy morskie przebiegają w wyjątkowo komfortowy sposób w porównaniu do rejsów innymi jednostkami np.: kutrami, gdzie pokłady są pochyle. Katamaran wyposażony jest w profesjonalne urządzenia elektroniczne, m.in.: echosondę Amarine do lokalizacji ławic, radar Koden, GPS Koden, radiotelefony ICS oraz iCOM. Kilkunastoletnie doświadczenie pracowników katamaranu pozwala na organizację w pełni fachowych wypraw wędkarskich zarówno dla doświadczonych wędkarzy, jak i ludzi szukających nowych wyzwań. Wyprawa trwa najczęściej około 8 godzin, wypływa się na łowiska o głębokościach 20-40 m, często w okolicach wraków, ulubionych miejsc żerowania dorszy. Podczas rejsów wędkarze mają możliwość złowienia takich ryb jak dorsze, flądry, belony, śledzie czy łososie, które załoga - na życzenie gości - oprawia. Oprócz złowionych ryb zabieramy ze sobą najczęściej zdjęcia naszych zdobyczy, które długo cieszą oko i są powodem do licznych „morskich opowieści”. Właściciele „Kubusia” organizują również rejsy nurkowe, Morze Bałtyckie jest bowiem jednym z najatrakcyjniejszych w Polsce miejsc do nurkowania.
Więcej na stronie rekomendującej www.7mila.pl

Opowieści kilka starego wilka

Janusz czas był dla Ciebie bardzo bardzo łaskawy

Ja też mam przygodę morsko-wędkarską...
Mój kolega kilka lat temu namówił mnie na wyprawę z Władysławowa na dorsze.
Było bardzo rano przyjeżdżamy do portu ,mgła nic nie widać na 20 metrów . Szukamy naszego kutra ... jest przecieram oczy... to niemożliwe , ja tym nie płynę ... Wygląda jak skwarka rdzy, koledzy się ze mnie śmieją jest nas pięciu . Dobra dam radę . Pojawia się młody właściciel "tego cudu" ... Zapakowaliśmy się , próba uruchomienia , akumulatory wyładowane (ja wysiadam.. ) zostałem... podłączenie na urządzeniu rozruchowym .... zagadało TO coś.. Wypływamy ... a jak zgaśnie, ale diesel chodzi będzie dobrze (chyba) Nadal nic nie widać płyniemy , ciekawe czy dobrą stronę taki młody tan kapitan ... Mineło ok 15 minut naszej wyprawy, leci rybak z pod pokładu i krzyczy że się ropa leje z przewodu na wtryskiwaczu, trza przewód zmienić ... Ale nie można zgasić silnika bo aku siedzą . Kolo mówi damy radę na zapalonym Pobiegł wraca za kilkanaście może kilka minut (mnie się dłużyło) cały oblany ON ,smierdzi jak knot ale uśmiechnięty , udało się ...
Płyniemy dalej ...chyba na trzeżwo nie dam rady , jest wódka walnąłem lufę zaraz będzie lepiej... Idę do tzw szoferki , odziwo miło i przytulnie , nasz młody kapitan uśmiechnięty i fajny, nadal nic nie widać. Ale uspokoiłem się bo dużo nowoczesnego wyposażenia typu echosądy ,radary itd (i wódka już działa)
Dopływamy na miejsce połowu,dostaję od kumpla wędkę ,specjalna żyłka i kawałek rury jako przynęta . Krótka lekcja... łowimy. Po godzinie wszystko mnie już boli od tego łowienia i 0 brania . Kolega 2 metry obok 14 dorsza ciągnie... :cry:
Po powrocie właściciel domu w którym się zatrzymaliśmy przyrządził pysznego dorsza co to koledzy nałapali

PERSEUS - Kołobrzeg

Witam.
W ostatni weekend miałem okazję powędkować na Perseusie.
Generalnie wynik zadawalający - - kilkanaście sztuka wyjętych na pokład. Fakt jest taki, że trudno w ostatnim czasie trafić na dobrą ławice dlatego często wyjmuje się na pokład pojedyńcze sztuki przez pojedyńczych wędkarzy. Na rejsie o którym mowa, udało się szyprowi namierzyć niezłą ławicę - gdzie przez około 50 min. obie burty miały wygięte wędkii i łowiły patelniowe dorsze. Prawidłowe podejście szypra, dwukrotnie "zawinął rogala" i wracał na miejsce w któym urtrzymywała się ławica. ( już dawno nie pamiętam resju aby dość długi czas wszyscy łowili przyzwoite dorsza 1-1,2kg). I tu połapałem całkiem nieźle - 4 dublety i kilka pojedyńczych szt. Koledzy wyjmowali nawet po 3 szt. na raz.
taka sytuacja miałą miejsce ok 50 min. Pozostały czas to szukanie ryby i pojedyńcze sztuki - raz na rufie , raz na dziobie . Widać że dorsz grasuje za śledziem - kolega wyjął dorsza ok 1,3kg któremu z pyska wystawał ogon śledzia, który naprawdę był okazały - gdzieś z 18 cm. Generalnie rejs oceniam POZYTYWNIE. Warunki socjalne jak zawsze OK - śniadanko, herbatka, na powrocie ciepła zupka i miła atmosfera.
Nikt nie wracał o kiju - a już dochodzą mnie słuchy że w ostatnim czasie zdarzały się resy gdzie połowa wędkarzy zchodziła z kutra o kiju lub symbolicznej liczbie ryb.
Oczywiście pogoda nas nie rozpieszczała ale przecież uprawiamy najbardzie ekstremalną formę wędkarstwa i gorsza pogoda nie zniechęca nas za zapuszczanie się w otchłanie Bałtyku:)
Generalnie w ostatnim czasie wyniki wypraw wędkarski są na bardzo przeciętnym poziomie i to chyba wynika ze słabego żerowania dorsza bo na kilku jednostkach na których szyper prawidłowo podchodzi do klienta wyniki były na poziomie średnio zadawalającym a nawet mozna powiedzieć słabym. . Idzie wiosna , więc i może dorsz bedzie bardziej agresywnie poszukiwał swojego pożywienia ( no chyba że powodem coraz słabszych wyników jest coraz mniejsza populacja dorsza). tak czy inaczej wszystkim życzę udanych połowów i sprzyjających wiatrów.
Z wędkarskim Pozdrowieniem
JonnyWalker

Kamel - Kołobrzeg

Witam Wszystkich.
Jeżeli chodzi o jednostkę Kamel mam pewne spostrzeżenia gdyż cały 2008 rok raz w miesiącu wypływałem tą jednostką na dorsze. Sam początek to nie zbyt przyjemne podejście załogi kutra do wędkarzy np. użalanie się że przez nas nie moga się wyspać, zwrócanie sie z jkimkolwiek zapytaniem do szypra ( taki z czarnymi wąsami lekko siwiejący ) to juz wielka obraza bo albo spojrzy na Ciebie i nic nie odpowie albo po chwili burknie pod wąsem nie wiem. Ogólnie nie sympatyczni. Jeżeli chodzi o łowienie to fatalnie szuka ławic, wygląda to tak jakby mu się nie chciało. Jedna wyprawa w 2008r bardzo udana ale byliśmy na borholmie, gdzie był taki dzień gdzie wszyscy łapali ale inne to tragedia. Jak na pokładzie ktoś ma około 4 dorszy to zaczyna sie kombinowanie. Zmienia miejce gdy wszyscy łowią, trudno zrozumieć, gdy nie ma ryby na napłynięciu potrafi drygfować po 40-50 minut a do tego sam szyper w tym czasie zarzuca wędkę i mimio tego ze sam tez nie łowi to dalej dryfujemy i sie opalamy. Ktoś zapyta to dlaczego na nim pływałem odpowiem z góry bo jeździłem praktycznie z jedna grupą bardzo fajnych ludzi, których poznałem i na smo spotkanie robiło sie miło a do tego mogliśmy wspólnie "połowić" ryby. Raczej na tej jednostce już się nie wybiorę na łoiwenie, zabieram kilku kolegów i przenosimy sie na flamenko (07.12.2008). I na deser jeden przykład z kamela: piękny letni dzień jesteśmy na bałtyku piękne brania o dziwo dobre napłynięcie wszyscy maja sporo ryby, schodzimy z ławicy ponieważ w kilka chwili przestajemy łapac. Oczywiście szyper ten wąsaty łowił z nami, stał obok mnie i też nałapał. Wstwiłem wędkę w uchwyt bo po co machać na próżno inni czynią podobnie reszta jeszcze próbuje bezowocnie a szyper co robi? niestety nie napływa ponownie, nie zmienia pozycji wyciąga dechę nóż i zaczyna filetować swoje dorsze. My dale dryfujemy i nie łowimy. Myslę dobra zrobisz swoje i napłyniemy to my z kolegą w tym czasie wpijemy sobie browarka. Piwo się kończy ( nie jedno) a on do szkrzynki faceta obok niego ( poźniej się okazało, że to był jego kolega gdzieś z Polskli) i zaczyna jemu filetować. Szklak człowieka chwycił, przez około 40 minut dryfowaliśmy nikt nie łowił a wąsaty filetował dorze. Tragedia . Jak macie możliwość omijajcie ten kuter (dajcie im się wyspać) bo nie szanują swoich klientów. Odradzam wyprawy na nim. Pozdrowienia dla Wąsatego.

Rzeka Peene - Niemcy

Rzeka Peene, plynie przez Meklemburgie od jeziora Kummerower See kolo m.Malchin poprzez m. Demmin,Loitz , Jarmen , Anklam i na tym odcinku z zachodu na wschod, by nagle za m. Anklam skrecajac na polnoc rozlewa swoje wody szeroko by od m. Wolgast szerokim korytarzem wpasc do morza w rejonie m. Peenenunde.Gdyby spojrzec na mape (NIemcy) od razu widac po krotkiej analizie jak piekne to lowisko.Z jednej strony(od polnocy) wielka mozliwosc dla migracji ryb z Baltyku, zdrugiej strony od poludnia mozliwosc wedrowki ryb od strony zatoki Szczecinskiej i wreszcie od zachodu polaczenie rzeki z jeziorani i kanalami.Peene w gornym i srodkowym biegu jest szeroka od 25-60m. sredna gl.2,5-4m. niewielki uciag, na calym odcinku jest zeglowna(jachty , barki takie jak na naszej Odrze) od m. Wolgast dostepna dla statkow pelnomorskich gl. nawet do 12 m.Od m. Anklam jej lewy brzeg to lad staly a z prawej strony brzeg zach. wyspy Uznam.Jak dotad rozpoznalem niewielka czesc tej rzeki pod katem wedkarskim. Pierwsza miejscowosc godna polecenia to Wolgast (zob. na GOOGLE)jest profesjonalna obsluga wedkarzy(piekne lodzie z pelnym wyposazeniem,przewodnik itp.) Mozliwosc wypraw na Baltyk .Lowisko obfituje w naprawde wielkie ryby(sandacz, okon, szczupak-nie mniejszy od szwedzkich,dorsz,losos i inne wszystkie znana po polskiej stronie).Druga miejscowosc i rejon w ktorym juz polowilem to mala letniskowa miejscowosc Stolpe - 10 km na zach od Anklam.Jest tu elegancki hotel i kilka pensjonatow, mala Marina i lodzie na wynajem brak mostu( przeprawa) okolica cudowna, nad rzeka karczma (serwuje wlasne wyroby-ryby, chleb).A wokolicy doskonale zaplecze gastronomiczno-hotelarskie.Ryby ja spininguje polowilem niezle tu Szczupaka i okonie, koledzy splawikowcy leszcza lina i ladna ploc. Polecam te rejony na wypady kilkudniowe, cisza spokoj,dobre warunki dojazdu , zakwaterowania i co najwazniejsze polowu(ryby sa w lowisku).Dolaczam kilka fotez rejonu rzeki Peene.nie moge pisac wiecej objetosc forum na to nie pozwala, ale zainteresowanych zapraczam do wymiany informacji ,:e-mail : wodejszo@wp.pl, GG 3359424

Nasze autka

Mój Nissan Serena był zakupiony z myślą o wyprawach typowo wędkarskich , to znaczy wyjazdy na dorsze . Był czas , że przewoził sporo ludzi i dorszy ale ten czas już minął . Teraz służy mi w pracy .

Jak dziś było na rybach ?

Sierpien na rybach
Po dwóch tygodniach nad polskimi wodami czas coś nie coś skrobnąć na forum.
Rano 11 sierpnia z rodzinką i znajomymi medujemy się w ośrodku wypoczynkowym Jeziorak (poecam szczególnie z małymi dziecmi) nad jez. Szarcz w Pszczewie.
Domek zarezerwowany, łódka zarezerwowana, zezwolenie opłacone (brak porozumienia z gorzowskim), wywiad środowiskowy przeprowadzony dwukrotnie podczas weekendowych wypadów w maju i czerwcu więc jeszcze w dzień przyjazdu uzbrojeni po zęby w sprzęt i zanętę ruszamy z kolegą Robertem do zatoki. Napływamy na miejscówkę gdzie pod "kilem" 5,5 metra wody. Kotwiczymy łódkę i znacznik no i do boju.
Na dziendobry w wodzie laduje około 5 kg mieszanki gotowanego grochu, kukurydzy i makaronu rozsypanego na powierzchni około 10 m2.
Godinę później zaczynają się delikatne brania. Wyciągamy same płotki w przedziale od 10 do 25 cm. O zmierzchu trafia się jedna wzdręga około 20 cm. Jest dobrze. Co prawda na dnie dywan z roslinności ale na tyle twardyi gęsty, że luźno rzucane ziarna zanęty elegancko się na nim prezentują. Rano zrobimy poprawkę.
Rano, po imprezie powitalnej wstaliśmy przed 9 a to raczej pora na śniadanie i plażę niz na ryby więc odpuszczamy. Płyniemy dopiero o 17. I znowu około 5 kg. mieszanki ziarenek do wody i znowu to samo. Płotka, płotka, płotka. Robert pyta: gdzie te grubsze co to je płocią możnaby nazwać
- Spokojnie przyjdą odpowiadam. Posypiemy 3-4 dni to i grubsze wejdą.
Kolejny dzień płyniemy rano o 5 i wieczorkiem około 19. Rano symboliczne 2 kg mieszanki do wody i do 9 prawie bez brania . Wieczorem tradycyjne 5 kg mieszanki i tradycyjnie ...... płotka. Jutro dzień przerwy. Nie łowimy i nie nęcimy. Kolejna zasiadka na łodzi po dniu przerwy zaplanowana została na kilka godzin do około 2 nad ranem. Obserwujemy obiecujące zjawisko bo raz za razem w nęconym obszarze na powierzchnię wydobywają pęcherzyki powietrza. Może linek i leszcz podeszły
Ale nie z uporem maniaka bierze płotka. O dziwo po zmierzchu zameldowały się ładne wzdręgi około 25 cm (myślałem że to raczej dzienna ryba) i krąpiki tzw. "dłoniaki".
Podsumowując przez tydzień czasu nie było większych emocji wędkarskich niż płotki i wzdręgi w przedziale 20-25 cm - to te największe. Nie widzieliśmy ani leszcza ani lina choć te drugie podobno ładnie brały wiosną i to własnie na groch.
Po tygodniu na jeziorze Szarcz jestem mądrzejszy o dwie rzeczy.
Po pierwze - ziarenka smakowały rybom, a ta żerowała bo przy patroszeniu widać było żołądki pełne żółto-zielonego szlamu
Po drugie - Szarcz to trudne jezioro a dużej ryby jest naprawdę niewiele. Przez tydzień czasu nie widziałem żeby ktoś spływał z jeziora z okazami, którymi możnaby się pochwalić co potwierdzały relacje wedkujących, a najlepsze efekty osiąga się tam do końca maja.
W następną sobotę pakujemy graty i jedziemy nad morze do Niechorza. Może i jezioro połączone którkim kanałem to prawie idealne warunki do spędzania urlopu z wędką. Niestety zezwolenie na morze to 25 km w jedną stronę do Dziwnowa (bliżej nie ma mozliwości wykupu zezwolenia alni zrobienia zakupów wędkarskich), a jezioro w dzierżawie. Na dodatek kanał łączacy jezioro z możem śmierdział jak ściek z pobliskiego pola namiotowego a woda miała kolor wojskowej zieleni . Tak więc daliśmy sobie spokój z połowami z brzegu i zaplanowaliśmy wypływ kutrem w pełne morze za dorszami. Opłaciliśmy łajbę i wypożyczenie wędek w Dziwnowie ( 180 zł/łeb) i 14 sierpnia o 4 rano ruszyliśmy z portu.
Na kutrze było sześciu wedkarzy bo kolejnych sześciu nie zameldowało się o określonej godzinie w porcie. Kapitan kutra trochę pomarudził, że nas mało ale rudszył w rejs.
Łowiliśmy na głębokosciach od 15 do 25 m do godziny 16. Podsumowanie wyprawy to 5 dorszyków na 6 wędkarzy i to nie jakiś okazów ale takich 1-1,5 kg.
Byłem, spróbowałem tego miodu i wiem już jak to wygląda. Mimo iż udało mi się złapać dublet to szybko na morze nie powrócę bo to strata czasu i pieniędzy. Na pewno spróbuję jeszcze raz wczesna wiosną albo październikową jesienią. Może wtedy zmienię zdanie na temat połowód dorsza z kutra przy pomocy wędki bo jedno jest pewne. Wartobyłoby zapłacić te 180 zł ale za to żeby chociaż tak raz na godzinę posiłować się z dorszem. Jeden hol dorszyka na 12 godzin rejsu to trochę mało za nie małe pieniądze.

Norwegia 2008

W czerwcu wybraliśmy się na ok. 3 tygodnie w okolice Trondheim. Grupa składała się z trzech wędkarzy i " kucharza", który również skutecznie próbował swych sił w fiordach. Głownym celem był połów króla łososia w rzekach tego regionu. Przejeżdżając obok obiecujących fiordów nie opuściliśmy okazji aby spróbować złowić coś z brzegu. Były dorsze, czerniaki, makrele i inne.


Nasza baza i przygotowania do wędkowania


Rzeka ok 1 km powyżej naszej bazy, w tym miejscu jest sporo wody ale w miejscu gdzie wpada do fiordu ledwo się sączyła. Czekaliśmy 3 deszczowe dni aby łososie weszły do rzeki


Pierwszy łosoś wyprawy złowiony przez Marka w cofce rzeki podczas przypływu.


Może tym razem weżmie, łowienie łososi to ciężka praca.


Ale pózniej tym większa radość. Jest...na jednoręczną. Cóż to była za walka, łososia "zaciąłem" z wysokiego brzegu. Musiałem wskoczyć po pas do silnego nurtu. Bez podbieraka, chwyt za ogon. Udało się a szczerze mówiąc wątpiłem w szcześliwe zakończenie.



Maluch, 1 kg. Na rzece jest zakaz C&R. Limit dzienny 2 sztuki z tym,że jeśli pierwsza ryba ma powyżej 3 kg to koniec łowienia. Dopuszczalne metody to mucha i .....robak.


Podebranie


Odpoczynek, a te latające nie odpoczywają


Po dwóch dniach łososie znikneły. Udaliśmy się kilkanaście kilometrów w górę rzeki na inne łowisko w poszukiwaniu łososi. Były tam.


Szczęscie widac na twarzy Marka


Zmiana rzeki, jak wcześniej zaplanowaliśmy przenieśliśmy się nad Orkle. Nasz obóz.

Nie ma lekko z tym co z tyłu


Ładna sztuka


Zbieranie running line


Łosoś z Orki i jego łowca


Wędzone łososie smakowały wyśmienicie a do tego kieliszek czegoś mocno schłodzonego ..mmmm



Kilka rybek z fiordu. Świeży dorsz to.... niebo w gębie.

Pozdrawiam

MIĘTUS - Kołobrzeg

TO NAJGORSZA WYPRAWA NA JAKIEJ BYŁEM. SZCZEGÓŁY OPISZE PÓŻNIEJ A PANOWIE NIE WIEM DLACZEGO TAK CHWALICIE SZYPRA, Z OBSŁUGI TO TYLKO MECHANIK ZASŁUGUJE NA SŁOWA UZNANIA BO TO TYLKO JEMU ZALEŻAŁO ABY GRUPA WĘDKARZY NIE NARZEKAŁA.

[
Zgodnie z obietnicą opisze szczegóły wyprawy.

Zaplanowaliśmy wyjazd na ryby na „Borholm” w miesiącu marcu .Jaki kuter wybrać?
Skąd wypłynąć?
Po licznych dyskusjach i przeglądzie dostępnych w Internecie jednostek rybackich nasz wybór padł na Kołobrzeg – jednostka „Miętus”. Kuszą podgrzewane relingi , dozowanie wody do pojemników z rybami cały czas , ogrzewane kubryki. Oferta : dobrych posiłków , ciasto , napoje ( kawa , herbata) również skłaniają nas na wybór tego kutra. Zamieszczone
w Internecie zdjęcia z wyprawy naszych kolegów po kiju z d. 21.02.09r. to również przyczyna naszego wyboru.
Jakież jest nasze zdziwienie gdy weszliśmy na pokład „Miętusa” o godz. 02 .15. Zarezerwowaliśmy jednostkę w całości dla naszej zorganizowanej grupy. Na rufie stoi już zwolennik wędkowania namaszczony przez Armatora. Po licznych dyskusjach w końcu nie proszony wędkarz zgadza się na nasze warunki( losowanie stanowisk , zmiana stanowisk
w prawo po 4 godz.).
Na łowisku jesteśmy o godz.07.10. Pierwsze rzuty i pierwsze dorsze. Łapiemy na trzecich kamieniach. Po uznaniu przez Szypra ,że słabo idzie często zmieniamy łowisko. Wszystko było by dobrze gdyby nie przeloty z łowiska na łowisko trwające od 40 min do 1,5 godz. Większość czasu przeznaczonego na łowienie spędzamy turystycznie zwiedzając Bałtyk . Wycieczka ta trwa do godz. 16.10. Szyper daje sygnał o końcu łowienia ( w sumie łapiemy około 5 godz.). Kieruje kuter na Borholm w celu zatankowania paliwa. Płyniemy do portu na Borholmie ponad 1 godz. Oczekiwanie na tankowanie i samo tankowanie trwa następną godzinę . Po godz. 18.20 bierzemy kurs na Kołobrzeg . W porcie jesteśmy o godz. 01.00.
Podsumowanie :
Panie Armatorze , między nami nie było mowy o zorganizowaniu wycieczki – wybieraliśmy się na dorsze
Nie było mowy o dodatkowym pasażerze
Kubryki miały być ogrzewane systemem CO – było zimno , ogrzewanie nie działało.
Nie było mowy o tankowaniu kutra na Borholmie bo paliwo tam jest tańsze ( zatankowano ponad 1 tonę) – to myśmy ufundowali Panu tankowanie po niższej cenie niż w Polsce.
Rejs miał trwać 24 godz. – a przypłynęliśmy 2 godz. wcześniej.
Jedyną pozytywną stroną naszych połowów był Pan obsługujący nas podczas rejsu. Pływamy na ryby od kilku lat i jeszcze nigdy nie spotkaliśmy tak uczynnego , miłego Pana. Dwoił się
i troił aby każdemu pomóc czy to podczas splątania wędek , czy to serwując posiłki. Wielka kultura osobista , znajomość rzemiosła , duże zaangażowanie , cierpliwość , sumienność,
a przede wszystkim skromność pozwala nam uznać Go za najjaśniejszy punkt naszej wyprawy. Warto było poznać tego Człowieka.
Koledzy wędkarze nie polecam „Miętusa” (z łaciny Lota Lota – faktycznie lotał lotał po Bałtyku) na dalekie wyprawy morskie – im dalej byliśmy w morzu tym odwrotnie proporcjonalnie do odległości łapaliśmy mniejsze dorsze .Te ostatnie w zupełności nadawały się na breloczki . Pozdrawiam wszystkich wędkarzy „Wodom cześć” , a Panu Armatorze życzę , aby organizowane przez Pana wyprawy morskie dostarczały wędkarzom innych niezapomnianych wrażeń niż te nasze.

Rozpoczynek

Witam !
Chce wtracic , albo w ogole zaczac temat wedkarstwo !
Te mile hobby nie opuszcza mnie od juz dosc dawna
wedkuje juz tak dlugo jak zyje ( prawie ! ) najstarsza opowiescia
o mnie od moich rodzicow jest to , ze w 7 miesiecy po moich urodzinach
ojciec w pierwszym wolnym majowym dniu zabral mnie pierwszy raz na ryby !!
Poniewaz sam byl zapalonym wedkarzem i nie lubil wielkich zgromadzen a kontakt z przyroda koil jego nerwy ....
Tak sie zaczelo .....
Po latach , bedac juz prawie dojrzaly dowiadywalem sie od ojca ile to ryb
zahaczal na moje wedzisko w czasie jakiejs mojej ( np. 10 minutowej nieobecnosci np . lapanie motyli albo czegos innego ) a pozniej mialem problemy z odhaczaniem takich ryb !!
Zawsze imponowal mi kalendarzyk ojca w ktorym notowal swoje polowy
od konca lat 60-tych a wspominal o niektorych okazach z czasow jego
mlodosci ( zawsze to byly te najwieksze....;-)
ale mial wielokrotnie polowy w ilosci 160- 180 ploci , krapi i drobiazgow
Codziennie patrzylem na wypreparowany kaczy dziub 7-kilowego szczupaka
ojca najwieksze trofeum ryby drapieznej !!
Mijaly lata !!
wedkowalem w wolnych chwilach caly czas w Polsce z roznymi rezultatami -bez konkretnych efektow =okazow
ale w koncu lat 80-tych wyladowalem tu gdzie teraz mieszkam tzn . Holandia
i tu dopiero zaczelo sie prawdziwe wedkarskie EL -DORADO !!!
Uwiezcie ! takich i tyle ryb jakie mialem okazje zlapac tu ......
to prawdziwy szok !!
Zaczelo sie od karpii -ktore sa wlasciwie wszedzie -w kazdym parku w kazdej wodzie -pierwszym lupem byl taki ok 4 kg a najwiekszy jaki zlapalem
mial ok 13 kg 86 cm z tym ze takich w granicach 8 -10 bylo kilka ( nascie )
wiem ze sa wieksze ,ale trzeba sie na to szczegolnie mocno przygotowywac
Szupakow rowniez zlowilem kilkanascie -z rekordem 106 cm i 11 kg
sandaczy tylko kilka -najwiekszy mizernie nieco ponad 1,5 kg
ale za to Okon !! kilka powyzej 800 gram a moj rekord 1,3 kg -45 cm
zdobylem w 1994 roku w wedkarskim czasopismie z Be -Ne -Luxu p.t. "Beet" 6 miejsce w Holandii w tej kategorii ale przesylajac rezultay tej samej ryby do Belgii -bo mozna bylo ( w koncu to Be-Ne -Lux) w rankingu firmy Bifa zajalem 1 -miejsce !! w 1994 roku ! Wygralem wtedy wiele pieknych rzeczy z to I miejsce
m.in . wycieczke na ryby na rzeke Shannon w Irlandii ...ale jakos nie bylo na to czasu i kaski aby tam powedkowac
Moze ktos pomyslec ze to przypadek ale od tego czasu zlowilem kilkanascie
bardzo podobnej wielkosci - ( nie zlowilem dotad wiekszego ) okoni na rzece Maas w Holandii ale juz ich nigdzie nie zglaszalem
Wielu z moich miejscowych kolegow wedkarzy probowalo swoich sil na expedycjach w innych krajach -popularny byl wyjazd na dorsza do Danii albo na lososiowate do Skandynawii
Ja w 1995 roku zaplanowalem i wyjechalem na , juz wtedy slynne lowisko
suma na zalew Riba Roja na rzece Ebro w Hiszpanii
Przez 7 dni pobytu ( 3 dni i noce polowow ) mielismy 3 sumy
1,5 kg , 8 kg , 34 kg -167 cm zlowione wylacznie w nocy
dwukrotnie przecinalem plecionke ( 80 kg ) aby uwolnic ,po braniu linke z zaczepow
w naszym miejscu pobytu ( hotel ) wspollokator z Niemiec zlowil suma 204cm 73 kg !!
zlowilismy ponadto niezliczona liczbe karpii 1-2-3 kg -prawdziwa plaga !! braly na wszystko i doslownie co 3 minuty
z innych okazow zlowilem bassa czyli okonopstraga -tzn na woblera Rapali wzial 20 cm okon -z ksztaltu ale zupelnie inny w kolorze ( ciemno zielony )
Zebyscie nie mysleli ze wedkarze tylko "sadza"o swoich starych sukcesach posle wam jedno ze zdjec udowadniajac ze jestem nadal aktywnym
wedkarzem
to jest jakies 4 tygodnie temu ?? polow na nowo odkrytym miejscu na rzece Maas niedaleko Nijmegen

na podstawie w/w tekstu jestem w stanie przeslac fotki kazdemu kto
bedzie tym zainteresowany

P.S . Marzy mi sie kilkudniowy wypad na sumy na Ebro w pazdzierniku b.r
Czy sa chetni takiej ekspedycji ? -mam troche doswiadczenia
a moze mamy kogos tzn jakiegos eksperta polowow suma w Polsce
byloby jeszcze lepiej !
Marzylem o takiej wyprawie wlasnie w Polsce juz od 20 lat ale nie znalazlem do tej pory nikogo

[ Dodano: 2005-08-18, 20:39 ]
Oto okonek zlowiony ok 4 tygodnie temu

Z. RELIGA - także o diecie

http://www1.gazeta.pl/wyb...ml?as=10&ias=10
Zbigniew Religa: moich siedem grzechów głównych
Krystyna Bochenek, Dariusz Kortko 13-10-2003, ostatnia aktualizacja
09-10-2003 13:08
Polska medycyna wzoruje się na systemie niemieckim, co znaczy, że szef jest
równy Bogu. Jest najmądrzejszy i decyduje o najmniejszym drobiazgu. To daje
bezmiar władzy. Spotkałem chirurgów, którzy w wieku 40 lat nie wykonali
jeszcze samodzielnej operacji, bo im szef nie pozwolił
Spotykamy się siedemnastego o godz. 17. Wierzy Pan w magię liczb?

Nie, ale jak mi czarny kot przebiegnie drogę, to się boję.

W piątek trzynastego żadnych ważnych decyzji Pan nie podejmuje?

W taki dzień nie operuję.

Miewa Pan złe przeczucia?

Czasami patrzę w oczy pacjentowi i wiem, że on umrze. Nie umiem powiedzieć,
dlaczego potrafię to wyczytać. Znam jego los i niestety to się sprawdza.
Oczywiście jako lekarz kieruję się wskazaniami i przeciwwskazaniami. Jeżeli
są wskazania, zwłaszcza życiowe, to ja się podejmuję operacji, ale proszę mi
wierzyć, gdy widzę w ich oczach śmierć, zawsze umierają.

Wierzy Pan w życie po śmierci?

Miałem w Zabrzu pacjenta, leżał na oddziale pooperacyjnym. Wystąpiły u niego
zaburzenia rytmu. Jego serce przestawało bić i, jak mówimy w naszym
żargonie, "odjeżdżał". Trzeba go było cztery razy defibrylować, przywracać
do życia. Mówił nam, że widział tunel z jasnością, która go przyciągała.
Myślę, że w czasie śmierci klinicznej w mózgu zachodzą różne wyładowania
elektryczne. Mózg zapamiętuje to w postaci jakichś obrazów, ale to jest moja
prywatna interpretacja. Nie wierzę, że dusza wychodzi z ciała, stoi obok,
patrzy, a potem wraca. Mam ze śmiercią do czynienia na co dzień i uważam to
za niemożliwe.

Pan jest wierzący?

Kiedyś rozmawiałem o swoich wątpliwościach z księdzem Tischnerem. Powiedział
mi: "Eee tam, gdzie pan jest niewierzący. Pan jest wierzący, tylko pan nie
jest kościelny".

Modli się Pan czasem? Nie prosi Pan czasami: Boże, teraz wszystko w Twoich
rękach?

Najczęściej się modlę, gdy uważam, że dzieje się coś niesprawiedliwego.
Zarówno dla tego, kto jest na stole operacyjnym, jak również dla lekarza,
czyli dla mnie. Zrobiłem wszystko jak należy, a pacjent może stracić życie.
Wtedy proszę Boga, by się działo tak, jak się powinno dziać, czyli żeby było
sprawiedliwie.

Co znaczy sprawiedliwość w przypadku walki o życie. Czy w ogóle są śmierci
sprawiedliwe?

Są sytuacje, kiedy i pacjent, i lekarz nie mają wyjścia. Jedyną szansą na
przedłużenie życia jest operacja, ale ryzyko zabiegu jest bardzo wysokie.
Wymieniałem ostatnio zastawki 87-letniemu mężczyźnie. Operacja się udała, on
jest już w domu, ale gdyby mi umarł, byłoby to sprawiedliwe.

Sprawiedliwe!? Względem kogo?

Generalnie wobec życia. Kiedyś trzeba umrzeć! Nie jesteśmy w stanie
przedłużać ludziom życia w nieskończoność.

87 lat to według Pana jest już przepustka do śmierci?

Nie, ale śmierć w tym wieku jest bardziej zrozumiała i usprawiedliwiona.
Gdyby podczas takiej samej operacji zastawki zmarła osoba dwudziestoletnia,
byłoby to niesprawiedliwe.

To dotyczy tylko wieku?

Absolutnie nie! Są sytuacje, nawet u dzieci, gdzie ryzyko zgonu ze względu
na rodzaj choroby, stan wyniszczenia organizmu jest ogromne i wtedy nawet
najlepszy chirurg może się spotkać z niepowodzeniem. Ale często jest tak, że
pacjent nie powinien umrzeć, a mimo to umiera. Z taką niesprawiedliwością
nie mogę się pogodzić.

A jak chciałby Pan umrzeć?

Na pewno nie w wyniku przewlekłej choroby, w cierpieniu.

Boi się Pan bólu?

Boję się bólu. Nie lubię bólu. Nie chcę bólu.

Ale przecież dzisiaj ból można łagodzić.

Można, ale nie do końca. Jeśli ból jest niwelowany przez narkotyki, to nie
dla mnie. Raz w życiu dostałem narkotyk i teraz wiem, że wolę znosić
największy ból niż stan, w jakim się znalazłem po tym narkotyku. Wywołał on
we mnie poczucie ciężkiej choroby. Nagła, szybka śmierć we śnie byłaby dla
mnie ideałem.

Jak dla większości z nas. Czyją śmierć najbardziej Pan przeżył?

Zdecydowanie matki. Odeszła grubo za wcześnie. Nie miała jeszcze 70 lat.
Długo nie mogłem się z tym pogodzić. Matka długo cierpiała. Nikt jej nie
powiedział, że ma raka.

Pan wiedział?

Oczywiście. Myślę, że w ostatnich tygodniach moja mama też to wiedziała,
tylko udawała, że nie wie.

Pan podkreśla często, że pacjent musi być świadomy swojej choroby, a własnej
matce Pan nie powiedział?

Nie powiedziałem, ale proszę nie zapominać, że to było ponad 20 lat temu.
Wtedy inaczej myślało się o raku.

Dzisiaj powiedziałby Pan mamie, na co jest chora?

Oczywiście, i bardziej walczyłbym o jej życie niż wtedy. 20 lat temu prawie
nic nie dało się zrobić.

Pan jest jedynakiem?

Tak. Byliśmy rodziną, która się bardzo kochała. Matka była fantastyczną
osobą. Trudno mi do dziś o niej mówić.

Była świadkiem Pana wielkich sukcesów?

Niestety nie. Bardzo chciałbym, żeby mogła to zobaczyć.

18 lat temu przeprowadził Pan pierwszą transplantację serca w Zabrzu.

Zawsze będę pamiętał, z jakim poparciem społecznym się spotkała. W marazmie
lat 80. nagle stało się coś dobrego. Ludzie byli z nas dumni.

ŹRÓDŁO:
Jak dzisiaj z Małysza?

W pewnym sensie tak. Mówiło się o tym dużo w mediach i docierało to do
ludzi.

Po tej operacji wszedł Pan na sam szczyt i co Pan zobaczył?

Przekonałem się, że to, co zrobiłem w Zabrzu, było słuszne. Miałem
szczęście, że spotkałem tam grono młodych ludzi, jakich można sobie tylko
wymarzyć. Fantastyczni faceci.

A dlaczego nie zrobił Pan przeszczepu w Warszawie?

W 1981 roku przyszedłem do mojego szefa, prof. Wacława Sitkowskiego, i
powiedziałem, że musimy zacząć robić przeszczepy serca. Było to spowodowane
m.in. wizytą lekarzy z Kanady w naszej klinice. Opowiadali o nowym leku
przeciw-odrzutowym - cyklosporynie - i o tym, jakie możliwości on daje. No
więc powiedziałem: róbmy przeszczepy serca, uda się.

Szef odparł: Zbyszek, oczywiście, że będziesz robił przeszczepy, ale tylko w
dwóch sytuacjach - albo jak ja umrę, albo jak pójdę na emeryturę. Tylko że
on do emerytury miał jeszcze ponad dziesięć lat, nie mogłem czekać.

Poza tym narastały między nami różnice w koncepcji prowadzenia zespołu.
Uważam, że jeżeli ktoś jest szefem kliniki, a mnie jako podwładnemu coś się
nie podoba, to muszę odejść. Nie walczyć z nim, bo jest to nieuczciwe. Tylko
odejść. Na swoje. Traf chciał, że dostałem propozycję objęcia kliniki w
Zabrzu.

Chciało się Panu, lekarzowi ze stolicy, tam jechać?

Chciałem być niezależny, stworzyć taki zespół, jaki sobie wymarzyłem, i
robić przeszczepy serca.

Jaki to miał być zespół?

Taki, od którego mógłbym dużo wymagać, ale też chciałem dać ludziom sporo
swobody i odpowiedzialności. Tylko w takiej atmosferze człowiek się rozwija
i - jak się okazało - najlepsi potrafili to wykorzystać. Kiedy miałem
przejść do Śląskiej Akademii Medycznej, nie zgodziłem się na objęcie kliniki
już istniejącej. Wiedziałem, że wszedłbym w grono ludzi, którzy już mają
stare nawyki i ukształtowany sposób myślenia. Dlatego stworzenie kliniki
kardiochirurgii od zera było o wiele łatwiejsze.

W Polsce oddziałem w szpitalu rządzi król-ordynator otoczony dworem.

Bo polska medycyna wzoruje się na systemie niemieckim, co znaczy, że szef to
osoba równa Bogu. Jest oczywiście najmądrzejszy i decyduje o najmniejszym
drobiazgu. To daje bezmiar władzy. Każdy ordynator może sobie ustawić dwór
tak, jak mu się podoba. Tymczasem pozycja na dworze nie zawsze idzie w parze
z możliwościami i fachowością poszczególnych ludzi. Spotkałem chirurgów,
którzy w wieku 40 lat nie wykonali jeszcze samodzielnej operacji, bo im szef
nie pozwolił.

Szef, który też na ogół jest bardzo wyczulony na wszelkie należne mu tytuły.
Pan jest senatorem, profesorem, dyrektorem Instytutu Kardiologii,
kierownikiem katedry i kliniki, prezesem fundacji. Jak się do Pana zwracać?

Najbardziej jestem przyzwyczajony do profesora. Jak ktoś się zwraca "panie
dyrektorze", to się zastanawiam, czy to jest do mnie. Doktorze, profesorze
to jest akurat.

Doktorze chyba nie wypada?

Na Zachodzie żaden profesor nie obraża się, jeżeli ktoś mówi do niego
doktorze. Najpierw jestem doktorem, inaczej mówiąc, lekarzem. To jest sedno,
a tytuły są później.

Szefowie innych klinik nie mieli za złe, że daje Pan młodym za dużo swobody?

Byli oburzeni, że u mnie dwudziestoparoletni ludzie już samodzielnie
operują. To był skandal. Ale cegła z muru została wyciągnięta i teraz prawie
w całej Polsce młodzi ludzie stoją już przy stołach operacyjnych. Przyjąłem
zasadę: wata w uszy, klapki na oczy i robię to, co uważam za słuszne.

Od tego czasu minęło 20 lat, teraz znowu Pan mieszka w Warszawie. Jak
wygląda Pana dzień?

Wstaję 20 minut po piątej, choć bardzo lubię spać i najlepiej śpi mi się
rano. Nie jestem w stanie tak od razu wstać, pójść się ogolić, ubrać i
wyjść. Jak zadzwoni budzik, to wstaję, idę do kuchni, nie zapalam światła.
Włączam czajnik z wodą na kawę i radio. Rano słucham "Jedynki" i - to
śmieszne - o tej porze jest zawsze audycja dla rolników. Teraz jestem już
dobrze wykształconym rolnikiem. Koło godz. 6 jestem w wannie, to już jest po
drugiej kawie. Muszę poleżeć w wannie, nie lubię prysznica. Ciepła woda jest
super. O 6.45 wychodzę, kwadrans po 7 jestem w szpitalu. Dzisiaj było
inaczej, o 7 byłem na lotnisku, o 9 w Katowicach i dalszą część dnia znacie,
bo spędziliśmy go razem.

To był ciężki dzień?

Lekki, relaksowy.

O której będzie Pan w domu?

Około 22. Mój normalny dzień jest zdecydowanie gorszy i trudniejszy.
Dzisiejszy był bardzo miły. Konferencja była świetnie zorganizowana, radosne
wieści z niej wyniosłem, bo okazało się, że zdecydowana większość osób
popiera transplantację narządów.

Pan jest najbardziej znanym polskim lekarzem, ale jak każdy człowiek ma Pan
pewnie i wady. Prosimy o szczerość i komentarz do siedmiu grzechów
głównych - pierwszy to pycha.

Byłem kiedyś pyszny, była to cecha młodego człowieka, któremu wydawało się,
że jest superchirurgiem. Na szczęście był to krótki moment w życiu.

Kiedy przyszedł? Po wielkich sukcesach?

Nie, grubo przed. Gdy miałem 22 lata, wyznaczyłem sobie cel. Postanowiłem,
że chcę być takim lekarzem jak pewien asystent Kozłowski, imienia niestety
nie pamiętam, z III Kliniki Chirurgii Akademii Medycznej w Warszawie. Był
absolutnie genialny, wszystko potrafił zoperować. Gdy miałem 36 lat, mogłem
sobie powiedzieć: już jestem taki jak on. Krótko mówiąc, myślałem, że jestem
świetny. I to była pycha.

A kiedy przyszło otrzeźwienie?

Jak to u chirurga - przy stole operacyjnym. Na początku lat 80. mój szef
wyjechał na jakieś sympozjum i zastępowałem go w klinice. Zoperowałem 11
chorych i wszyscy mi umarli. Wtedy się opamiętałem i pycha zniknęła.

Drugi grzech: chciwość

Nie znam tego uczucia. Nie przywiązuję wagi do takich rzeczy jak samochód,
ubranie, buty. Kiedyś na stacji benzynowej w Siewierzu, a jeździłem wtedy
polonezem, podszedł mężczyzna. Przyjrzał mi się i powiedział: "Pan tym
samochodem to jeździ chyba dla niepoznaki".

Ale niedawno na gali biznesu oczy Panu wychodziły na wierzch, kiedy
przyjechało czerwone, sportowe auto z podnoszonym dachem. Niemal wszedł Pan
cały pod maskę samochodu, sami widzieliśmy.

Nie ukrywam, że interesują mnie dwa sklepy: wędkarski i z samochodami, ale
funduję tam sobie wyłącznie przyjemność oglądania. Do żadnego innego nie
wejdę. Żona o tym wie. Jak jedziemy po zakupy, nie wychodzę z samochodu.
Tylko raz byłem w Polsce w supermarkecie. Jako jeden z gości programu
telewizyjnego, który tam nagrywano.

Co do chciwości, to nigdy nie przyjął Pan koperty?

Nie mam duszy kelnera.

Pacjent, który próbuje mi wsunąć do kieszeni pieniądze, obraża mnie. Reaguję
na to różnie, w zależności od nastroju. Gdy jestem w dobrym humorze,
delikatnie zwracam uwagę. Jak jestem zły, to potrafię nieźle obrazić tego,
kto mi daje kopertę.

Przyjmowałbym pieniądze za swoją wiedzę i fachowość, gdyby to było
usankcjonowane prawnie.

Ma Pan prywatną praktykę?

Nie mam.

A dlaczego?

Wyobraźmy sobie, że mam prywatną praktykę. Badam pacjenta i gdy trzeba go
położyć w szpitalu, kładę go oczywiście u siebie w klinice. Ludzie
natychmiast powiedzą: Religa dba o własnych chorych, a nie interesuje się
pozostałymi.

Nie ma Pan poczucia niesprawiedliwości, gdy Pana kolega w Stanach za
operację serca bierze kilkadziesiąt tysięcy dolarów?

Nie. Zresztą w 1974 roku miałem propozycję dobrej pracy w Ameryce i mogłem
tam zostać. Nie zdecydowałem się. Człowiek ma prawo żyć tam, gdzie chce, a
ja chciałem w Polsce. Poza tym uważałem, że jestem bardziej potrzebny w
kraju niż w Stanach Zjednoczonych. Dobrych chirurgów są tam tysiące. Byłbym
tylko jednym z wielu, którym bardzo dobrze się powodzi.

Trzeci grzech główny: nieczystość.

Mogę tylko powiedzieć, że wszystko, co robię w życiu, jest czyste (śmiech).

Pomówmy więc o zazdrości

Każdy człowiek nosi w sobie zazdrość, ja też. Ważne, żeby nad nią zapanować.

W jaki sposób?

Analizuję, dlaczego komuś się udało. Jeżeli z tej analizy wynika, że doszedł
do tego uczciwie, umiem to zaakceptować, uszanować i oddać honory.

Nie stara się Pan pomniejszyć cudzych dokonań?

Ponieważ jestem próżny, byłoby dla mnie straszne, gdybym się przyznał, że
tak postępuję. W związku z tym powiem, że wręcz przeciwnie. Staram się nawet
uwypuklić zasługi osoby, której w danym momencie zazdroszczę. Na szczęście
ta zazdrość szybko mija i nie ukrywam, że pobudza mnie do działania.

A czego Pan ostatnio zazdrościł?

Ostatnio, cholera, coraz rzadziej zazdroszczę. No, nie pamiętam czego,
uczciwie mówię.

Kolejny grzech to nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu.

Mnie nie dotyczy, to znaczy jeśli chodzi o jedzenie.

Wszystko jedno, co Pan je?

Tak, z wyjątkiem jednej rzeczy. Od dziecka nie mogę jeść drobiu. Mam
nieopanowany wstręt. Kiedyś, przed ślubem, pojechałem na wieś po metrykę
urodzenia. Spotkałem tam moją nauczycielkę z pierwszej klasy. Chciała mnie
ugościć i ugotowała rosół z kury. Nie miałem odwagi odmówić, zrobić jej
przykrość, i zjadłem. Źle się skończyło, bo wymiotowałem po tym jak kot.

A nieumiarkowanie w piciu? Chirurg to zawód stresujący.

Pamiętacie, jak mówiłem o tych 11 chorych, którzy mi umarli? Po ostatnim
zgonie wypiłem duszkiem butelkę koniaku. Koledzy odwieźli mnie do domu. Parę
dni dochodziłem do siebie.

Gniew to grzech kolejny.

Łatwo wpadam w gniew, strasznie wtedy przeklinam. Potrafię być nawet bardzo
ordynarny. Dla kogoś postronnego musi to być fatalne, ale nic nie poradzę.

Na swoją obronę mogę powiedzieć, że jak byłem młody, wpadałem w złość z byle
jakiego powodu. Teraz musi to być powód istotny.

Czyli co? Czyjaś śmierć, jakieś niepowodzenie na bloku operacyjnym?

Nie. To nigdy nie wywołuje we mnie złości. Przeciwnie, pojawia się wtedy
pokora. Napady wściekłości wywołuje mój brak tolerancji dla cudzych
zaniedbań wobec chorego. Tego nie wybaczam.

I ostatni z grzechów głównych - lenistwo.

Mam tyle zainteresowań, że zawsze coś robię.

Jeżeli jest sobota, to wiadomo, że od piątej rano jestem nad wodą i łowię
ryby. To moja wielka pasja. Jeśli są grzyby, jestem w lesie i je zbieram.

Zawsze coś robię, np. czytam czy piszę. Nie przypominam sobie, żebym usiadł
w fotelu i nie miał co robić. Czegoś takiego nie znam.

Telewizji Pan nie ogląda?

Nie, z wyjątkiem piłki nożnej i wiadomości politycznych. Zaczynam od
"Faktów" w TVN, potem "Wiadomości" w TVP1, rzadziej "Tygodnik polityczny
Jedynki".

Bo jest Pan też politykiem. Ile lat jest Pan w Senacie?

To już moja druga kadencja, z przerwą czteroletnią.

I jak Pan postrzega polityków?

Najchętniej załatwiają własne sprawy. Ale jest jakieś 20 procent takich,
którzy działają dla dobra wspólnego, więc może nie jest tak tragicznie.

Sukcesu w polityce Pan dotąd nie odniósł?

Nie. Jedyny sukces to wynik wyborów na senatora, najlepszy w Polsce.
Dostałem 530 tysięcy głosów w pierwszych wyborach.

Po co Panu ta polityka?

Trafiłem do niej przypadkowo, wyłącznie na życzenie Lecha Wałęsy. Dzisiaj
mogę śmiało powiedzieć, że robiłem najrozmaitsze głupoty. Byłem amatorem. W
momencie, kiedy zostałem rektorem Śląskiej Akademii Medycznej, zrobiłem
sobie czteroletnią przerwę. Dało mi to oddech. Teraz jestem innym
człowiekiem, bardziej przygotowanym.

Będzie Pan startował w wyborach prezydenckich?

O, cholera...

Tak czy nie?

To pytanie za wcześnie zadane.

Ale kiedyś już Pan się przymierzał do startu w wyborach prezydenckich?

Nigdy! Pamiętam taką szopkę noworoczną. Pokazali mnie w gronie innych
kandydatów na prezydenta, kurzącego cały czas papierosa i grającego w
brydża. Religa rzucił karty i powiedział pas.

Dlaczego Pan rzucił te karty?

Nie byłem przygotowany.

A teraz Pan jest?

Jeszcze nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. To nie tylko decyzja osobista
i własna chęć. Liczy się wsparcie społeczne, potrzebna jest ocena szans. Nie
mogę teraz powiedzieć, że na pewno tak i że na pewno nie.

Czy swoim kolegom lekarzom radziłby Pan, by wchodzili do polityki?

Na pewno bym ich do tego nie namawiał.

Polityka to nie miejsce dla lekarza?

Generalnie nie. Byłbym przeciwny, gdyby do polityki wchodzili ludzie młodzi,
którzy mają jeszcze dużo do zrobienia w zawodzie lekarza, powiedzmy przed
55. rokiem życia.

A starsi?

Są społecznicy, którzy potrzebują takiego działania. Jeżeli ktoś czuje
powołanie do polityki, to nie należy go od niej odwodzić.

Kto Panu imponuje?

Jest kilka osób, dla których mam wielki szacunek. To moi nauczyciele.
Pierwszym był prof. Józef Dackiewicz, jeden z najwybitniejszych polskich
urologów. Po studiach, jako młody lekarz, trafiłem na jego oddział. Nauczył
mnie wielu rzeczy, np. podejścia do pacjenta. Niestety, wcześnie umarł. On
się we mnie zakochał, bo dostrzegł, że mam talent medyczny. Koniecznie
chciał, żebym został urologiem. A ja wolałem być chirurgiem. Szanuję też
prof. Adriana Kantrowitza ze Stanów Zjednoczonych. Pracowałem u niego w
latach 1975-76. Zrobił pierwszą transplantację serca w USA i przeżył dramat.
Chcecie o tym posłuchać?

No pewnie.

Lata 60. Jeszcze nikt na świecie nie przeszczepił serca. W Nowym Jorku, w
szpitalu na Brooklynie, Kantrowitz ma kilkunastoletniego chłopca, idealnego
pacjenta do transplantacji. Szukają dawcy. Kantrowitz nie wychodzi ze
szpitala, bo w każdej chwili może być serce. Nagle przez radio przychodzi
wiadomość, że Christian Barnard zrobił taką operację w Kapsztadzie.
Następnego dnia przeszczep robi Kantrowitz. Ale nikt o nim nie mówi, media
milczą, bo to było już dzień po zabiegu w RPA. Kantrowitz jest wielkim
chirurgiem, ale przez to, że był drugi, jest znany tylko wąskiemu gronu
specjalistów. A był przecież pierwszym człowiekiem na świecie, który
wszczepił stymulator serca, jako pierwszy zastosował balon wewnątrzaortalny,
pracował nad sztucznym sercem. Zawsze robił na mnie wielkie wrażenie,
ogromny talent, cudowny człowiek, wspaniały chirurg.

Jesteście w kontakcie?

Pięć lat temu przyjechał do Polski, żeby mnie odwiedzić. Był w naszej
Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu.

Na koncerty Fundacji udało się sprowadzić wielkie gwiazdy. Piszecie do
siebie, np. na święta?

Nie, to były sporadyczne kontakty.

Kogo Pan najcieplej wspomina?

Placido Domingo. Czarująca i skromna osoba. Sympatyczny facet. Była
natomiast śmieszna historia z panią June Anderson, która, przylatując,
zapowiedziała, że nie wolno przy niej zapalić papierosa.

To dla Pana był warunek niemożliwy do spełnienia.

Podczas uroczystego obiadu co chwila był do mnie telefon, żebym mógł wyjść i
zapalić. Tak było do koncertu, a po nim pani Anderson poszła z nami do baru,
coś wypiła i nie przeszkadzało jej, że wszyscy dookoła palili. W końcu sama
też sięgnęła po papierosa.

O Pana paskudnym nałogu zaraz szerzej pomówimy.

Nic więcej nie powiem.

Nie darujemy. Pan daje alibi palaczom.

Wiem. Nie denerwujcie mnie. Ten temat jest szkodliwy społecznie.

Znów dzwoni Panu komórka. Nie męczy Pana popularność?

Czasami. Jest to istotny problem, zwłaszcza jak wychodzę z domu z psem i
muszę udzielać porad na ulicy.

O co ludzie pytają?

Pokazują, gdzie ich kłuje, i czekają na diagnozę. To mnie złości. Nie można
udzielać porad lekarskich na ulicy. To jest za poważna sprawa.

Nie potrafi Pan odmówić?

No właśnie nie potrafię. W związku z tym jestem uprzejmy, staram się coś
odpowiedzieć, uśmiechnąć się, ale taka sytuacja jest dla mnie bardzo
męcząca.

Ale swoją rodzinę Pan leczy?

Nie. Człowiek nie jest wtedy obiektywny. Lepiej, jeśli ktoś inny leczy
bliskich.

Co macie w domowej apteczce?

Aspirynę, pyralginę, gardan. I tyle.

Poza komórką co Pan ma zawsze przy sobie?

Portfel z pieniędzmi.

To pomówmy o tym, jaki był Pana największy eksces finansowy?

Gdy miałem 27 lat, siadłem do pokera. Przegrałem tyle, że spłacałem przez
dwa lata. To był mój ostatni poker w życiu, chociaż uwielbiam grać. To jak
łowienie ryb, jak chirurgia. Poważna i honorowa sprawa. Tu nie ma zabawy.
Ale uświadomiłem sobie, że na pokera mnie nie stać, i dlatego nie usiadłem
więcej do prawdziwej gry.

Kim by Pan był, gdyby nie został Pan lekarzem?

W szkole średniej chciałem studiować filozofię. Wydaje mi się, że poszedłbym
śladami Jacka Kuronia. Tak by się to prawdopodobnie skończyło. Filozofia w
połączeniu z polityką, ze społecznymi sprawami.

Teraz syn także poszedł w Pana ślady.

Ale córka wybrała zupełnie inny zawód. Uczy języka chińskiego na
Uniwersytecie Warszawskim. Syn sam wybrał medycynę. Ani ja, ani żona nie
wywieraliśmy na niego wpływu. Nie dostał się za pierwszym razem. Zdał, ale
zabrakło mu punktów.

Nie pomógł mu Pan?

Nie. Żona się załamała i miała do mnie pretensje, że nie pomogłem.
Kategorycznie odmówiłem.

Można własnemu dziecku powiedzieć: jestem taki sprawiedliwy i ci nie pomogę?
Różnym osobom Pan w życiu pomagał, dlaczego jemu nie?

Bo uważałem, że moja pomoc mu zaszkodzi. I bardzo dobrze się stało. Przez
rok pracował jako salowy w szpitalu i zobaczył medycynę od tej brzydkiej
strony, co tu dużo gadać, śmierdzącej. Mimo to zdecydował się ponownie
zdawać na studia. Nic mi nie zawdzięcza, wszystko sobie.

Ale jak zastosowaliście w Aninie terapię genową w leczeniu zawałów serca,
Pan wybrał syna na współpracownika. Nie było innych, zdolnych lekarzy?

Wesprę go zawsze, kiedy sukcesy będą wynikiem jego własnej pracy, a nie
mojej protekcji. Na co dzień jestem dla niego bardziej surowy niż dla innych
asystentów.

Wnuk też będzie lekarzem?

Ma dziesięć lat. Nie wiem, czy zostanie lekarzem, ale na pewno będzie
superwędkarzem, bo od sześciu lat jeździ ze mną na ryby. Jak miał cztery
lata, pierwszy raz pojechaliśmy na dorsze do Danii. Gdy powiedziałem
kolegom, że zabieram czterolatka, byli przerażeni. Co ty robisz, przecież on
nie da nam żyć, mówili. To były pierwsze dni kwietnia, temperatura 4 stopnie
Celsjusza, a on siedział z nami w łodzi przez 10-12 godzin i łowił ryby.
Teraz jest już superwędkarzem. W zeszłym roku zrobiliśmy wyprawę we dwóch
nad Biebrzę, musieliśmy wstać o drugiej w nocy, jechaliśmy trzy godziny.
Potem prosto na łódź i łowiliśmy do siódmej wieczorem. Złowił trzy
szczupaki.

Czy siedząc z wędką, układa Pan plany życiowe?

Całe moje życie to układanie planów na kilka lat. Nie żyję z dnia na dzień,
doskonale wiem, do czego dążę. I mam plan przynajmniej pięcioletni.

Jak będzie wyglądała kardiochirurgia w Polsce za pięć lat?

Łatwiej powiedzieć, co będzie na świecie, niż w Polsce.

Na salach operacyjnych personel zostanie zastąpiony przez maszyny. Będzie
jeden chirurg, pielęgniarka i roboty. Świat idzie w tym kierunku i to jest
dobre dla chorego. Robot minimalizuje uraz operacyjny, może wykonać zabieg
przez dziurkę od klucza.

A czy będzie można naprawić serce po zawale?

Jestem przekonany, że w ciągu najbliższego dziesięciolecia będziemy umieli z
własnych komórek chorego stworzyć nowy narząd. Dotyczy to zarówno nerki,
wątroby, jak i serca. Nie będziemy już szukali dawców.

Na razie nie ma hodowli serc i musimy o nie dbać. Tylko jak?

Najważniejsza jest dieta. Trzeba wykluczyć mięso zwierzęce. Tłuszcz musimy
jeść, bo jesteśmy tak skonstruowani, że bez niego nie damy rady
funkcjonować, ale musi to być tłuszcz roślinny. Od wielu lat nie używam
innego tłuszczu oprócz oleju, najchętniej oliwy z winogron lub oliwek.
Trzeba też jeść warzywa pięć razy dziennie, owoce, białko, sery nietłuste,
odtłuszczone mleko, najwyżej 0,5 proc.

Która to Pana kawa?

Niech policzę... trzy rano. Chyba szósta.

Golonkę Pan zje?

Uwielbiam golonkę, ale jem ją tylko raz w roku. Odrzucam tę zewnętrzną
warstwę i wybieram chude mięso.

A ćwiczenia?

Każda forma ruchu jest dobra: działka, jazda na rowerze, spacer. Trzeba
jednak zachować rozsądek. Jeżeli 60-letni mężczyzna, bez przygotowania,
zacznie nagle biegać, to umrze.

Dużo mówiliśmy o śmierci. Co chciałby Pan przeczytać na swoim nagrobku:
senator, chirurg, najbardziej znany polski lekarz? A może prezydent?

To, co na nagrobku, jest ważne dla tych, co piszą. Nie dla mnie.

* Rozmowa z prof. Zbigniewem Religą i z innymi wybitnymi polskimi lekarzami
jeszcze w tym roku ukaże się w książce wydanej przez Znak

..

NORWEGIA Kimtop i Papamila

WYPRAWA do Norwegii
termin: 18.06.2008- 13.07.2008
Uczestnicy: załoga Kimtop i Papamila
Marek, Krystyna i Ola
Jarek, Hanetta i Laura
Trasa: Gdynia-Karlskrona-Stockholm-Sundsvall-Umea(SWE)-Rovaniemi-Ivalo (FIN)-
Karasjok-Nordkapp-Alta-Narvik-archipelag Lofotów-Bodo-Mo i Rana-
Steinkjer-Trondheim-Lillehamer-Oslo (NOR)- Jonkping- Karlskrona-Gdynia
Zrobiliśmy 6300km (Kimtop 1000 wiecej)
Podsumowanie:
Realizując tak długą wyprawę (26dni), gdzie w założeniu często się przemieszczaliśmy udało nam się nie skorzystać z żadnego płatnego kempingu. W Szwecji droga wschodnim wybrzeżem była bogato upstrzona świetnymi wyposażonymi na full parkingami. Natomiast centralna Szwecja jest b. uboga w pełne parkingi.
W Norwegii, szczególnie na północy parkingi były dobre, choć rzadko była możliwość nabrania wody na parkingu. Musieliśmy się posiłkować tankowaniem wody u gospodarzy albo na kampingach- wszędzie życzliwie i bezpłatnie. Chyba to jest niepisanym zwyczajem że można nabrać wody i wygonić kota na kempingach. W Finlandii było z tym nieco słabiej ale do wytrzymania.
Samochody spisywały się świetnie (prawie), zużycie paliwa kształtowało się na poziomie 11,5l/100 u Kimtopa i 8,7l/100km u Papamili (co nas bardzo pozytywnie zaskoczyło)
Z „drobiazgów” jakie się zdarzyły to Jarek wymieniał wentyl w kole i wycieraczkę przedniej szyby a Marek pozwolił sobie na ekstrawagancję i wymienił parę opon w serwisie (nie wytrzymały trudów poruszania się po ichnim, dość szorstkim asfalcie).
Niestety Papamilowóz również nie wytrzymał trudów eskapady i nie ukończył ostatniego etapu o własnych siłach -pękł docisk sprzęgła. Marek wciągnął mnie na prom a w porcie w Gdyni odebrała mnie pomoc drogowa i ostatnie 60km zrobi jako ładunek.
Ceny paliw to odpowiednio : PL 4,20 SWE: 14-15skr. NOR: 13-15,5nok. FIN: 1,41euro.
Wszyscy jeżdżą tu niezwykle przepisowo, kary są solidne, policjantów i patroli jak na lekarstwo ale fotoradarów zatrzęsienie. Nawigacja a używaliśmy IGO 8 (miała wbudowaną bazę fotoradarów) i pomagała głosem ratować nasze portfele. Zresztą sprawdziła się znakomicie. A może uda nam się w kraju tak jeżdzić ?
Ceny niektórych przepraw i wstępów faktycznie waliły na kolana np. Nordkapp-650nok czy prom z Moskenes do Bodo 3,5h- 1000nok (to były jedyne takie ekstremalne przypadki, no prawie bo 6-pack piwa kosztował 170nok.-skandal prawda)
Nasze doświadczenia wskazują że obraliśmy dobry kierunek zwiedzania- z początku duże skoki do przodu a potem pomaluśku w dół ew. jeden lub dwa dłuższe przejazdy.
Lodówki doskonale dawały sobie radę a cały pozostały prowiant wytrwał w doskonałym stanie do konsumpcji (wniosek- brać ile się da ze sobą bo jednak relatywnie drogo.)
Chleb 12-20zł/bochenek, owoce i warzywa 3-5x drożej, napoje 4x drożej, mieso 3x drożej, słodycze 4x drożej, posiłki w restauracjach 3-4x drożej
GAZ: przy częstym grzaniu na dalekiej północy (+4, +8 st.) jedna butla może nie wystarczyć a dostępne są tylko butle plastikowe typ BP.
Polecamy zabranie sprzętu wędkarskiego- obfitość ryb wielka a jak smakują!!!!!!
Doskonale sprawdził się mały gril gazowy- pozwalał robić posiłki na zewnątrz w gorące dni lub smażyć rybki i inne smrodliwości.
Podróżowaliśmy bez TV i internetu- dało się. Na niepogodę mieliśmy w zanadrzu kilka filmów video ale pogodę mieliśmy zawsze odpowiednią. Niezastąpione okazały się wszelkie gry, kości i książki.
Norwegia zaskakuje szybkimi i gwałtownymi zmianami pogody, należy pamiętać o ciepłej odzieży a często i nieprzemakalnej. Podobnie z obuwiem.
Stroje kąpielowe przydały się jedynie w celach paradnych, w całej Skandynawii wody są raczej zimne lub bardzo zimne (nie oznacza to że nie da się kąpać)
Z uwagi na białe noce (jest ciągle widno) niezwykle przydatne są zasłony na okna.
Podsumowując, w moim mniemaniu wycieczka z wszech miar udana, Piękna i jedyna w swoim rodzaju Norwegia, Finlandia nieco rozczarowała , tak jakby została kilkanaście lat z tyłu (może tylko daleka północ, którą podróżowaliśmy) Pozytywnie okazała się Szwecja- ma świetnie wyposażone parkingi (woda i ścieki) bardzo bezpiecznie, czysto.
Drogi wszędzie bardzo dobre, dziur mało, oczywiście są odcinki gorsze, wiele jest remontowanych ale ogólnie wrażenia b. pozytywne.
Dystans dzienny, bezproblemowy to 200-300 km. Na dobrych drogach robiliśmy 500-800km
Na daleką północ pewnie już nie wrócimy, chociaż kto wie? Z pewnością wrócimy do południowej Szwecji, bo relatywnie blisko i duże możliwości. Może runda Szwecja- Dania? Jak ktoś nie lubi ostrego słońca to będzie fajna alternatywa.
Najfajniejszym zdarzeniem było łowienie ryb a najzabawniejszym złowienie mewy na wędkę.
Pozdrawiamy
Więcej szczegółów kimtop@wp.pl lub papamila@wp.pl

Dzień 1
19.06.2008 godz. 9.00
Wyjazd. Pogoda dopisuje, nie za ciepło nic wiaterku, ot w sam raz na podróż.
Okrętujemy na promie i szorujemy na górę zająć miejsca, w miarę widokowe.
Teraz czeka nas 9 godzinny rejs. Trochę gramy w Rummikub, przewalamy gazety.
Marek pierwszy łapie komara na fotelu- to jest zarażliwe. Po krótkiej i nierównej walce z sennością przegrywamy- najpierw Hania z Laurą a zaraz potem Jarek.
Jedynie Ola trzyma fason. Po drzemce obiadek, kawa i świat stał się piękniejszy. Nawet repertuar filmów w promowej videotece stał się ciekawszy. A że w tle filmu był kamper i wyborowa obsada aktorska to oglądaliśmy filmidło. Tak czas rejsu dobiega końca – planujemy zjechać z promu i pociągnąć na północ jakieś 200-300km, po drodze przekąsimy co nieco a Kimtopa, jako że ma już drogę z Opoczna czeka pierwszy serwis i wyprowadzenie kota. Praktycznie przekonamy się jak to wygląda w Skandynawii.

Dzień 2
20.06.2008 godz 6.45
Ruszamy wcześnie rano zgodnie z ustaleniami. Droga pusta i gładka. Początkowo nacjonalką E22 a później autostradą E4. Do Sztokholmu docieramy przed południem.
Nie mamy w planie zwiedzania więc szorujemy dalej. Sieć parkingów wspaniale rozwinięta- wszędzie czysto, ciepła woda, mydło i WC serwis. Nawet krzeseł i stolika nie rozkładamy- wszystko na miejscu. Widoki krajobrazowe i przyrodnicze zapewnione
Tak mija dzień drugi. Auta spisują się świetnie- Papamilę zaskakuje jego auto. Przy spokojnej jeżdzie pragnie niewiele ponad 8l/100km- to duża oszczędność.
Daliśmy czadu- 814 km

Dzień 3
21.06.2008 godz. 8.00
Startujemy z Umea o 8.00 rano- może wygląda to na rygor na urlopie ale pozwala machnąć wiele km jednego dnia- tego właśnie nam potrzeba- do Nordkapu jeszcze wiele km. Szwedzkie drogi równe, gładkie i przewidywalne- udaje się zrobić 550km.
Nocleg w Tornio zaraz po przekroczeniu fińskiej granicy- parking wyposażony we wszystko, choć sprawia wrażenie z odległych czasów. Postanawiamy zrobić grila- ustawiamy takiego jednorazowego i już zapach się roznosi. Naturalnie pierwsze zameldowały się komary- wielkie jak meserszmity i do tego ostro walecznie nastawione. Idziemy spać.

Dzień 4
22.06.2008 godz. 8.00
Albo ranne wstawanie weszło nam w krew albo to oczekiwanie przygody powoduje że zgodnie i bez szemrania wszyscy wstają i ruszamy w drogę. Robimy 120 km i meldujemy się u św. Mikołaja w Rovaniemi. Aura mocno nieprzychylna ale co tam.
Nastrojeni pozytywnie wypadamy z kamperów w strugach deszczu do krainy św. Mikołaja, prezentów i reniferowych zaprzęgów. Dobrze że wszystko jest pod dachem.
Leje cały czas. Dzieciakom, choć duże, oczy zaczęły inaczej błyszczeć a i dorośli bez przerwy kręcili się wokół biurka gwiazdora. Krótka przerwa na shoping i przy akompaniamencie burzowych grzmotów ruszamy dalej. Krajobraz się zmienia, roślinność bardziej uboga, droga robi się monotonna- na pocieszenie paliwo tańsze niż w Szwecji. Siłą woli docieramy do granicy norweskiej. Było nie było 524 km dodane.
Ale to nie koniec atrakcji- Papamila gubi powietrze- choć jasno to póżna pora i postanawiamy podeprzeć auto na lewarku i pospać do rana. Leje, z małymi przerwami.

Dzień 5
23.06.2008 godz.10.00
Dzień rozpoczynamy od zdjęcia koła a jako że okolica cywilizowana bierzemy koło pod pachę i szukamy wulkanizacji. Mamy szczęście, jest niedaleko warsztat „allesmacher”
sęk w tym że musimy trochę poczekać bo nie jesteśmy pierwsi, no dobra. Po godzinie oczekiwania przyszedł fachowiec- stwierdził wyrwany wentyl, wymienił, 15euro i ruszamy w dalszą drogę. Ciągniemy przez północną Norwegię, po drodze w Olderfjord chyba mijamy Witolda Kamperfana, dzwonię do niego ale nie odbiera, szkoda- miło byłoby się spotkać. I wreszcie póżnym popołudniem po ekscytującej jeżdzie we mgle, i podmorskim głębokim tunelem osiągamy Nordkapp. Parkujemy w gęstej mgle pośród ponad setki innych aut. Idziemy na zwiedznie obiektu, wkurzeni że nic nie widać, ledwośmy do globusa trafili, taka mgła- no cóż mówimy- raz na wozie raz pod wozem- idziemy do kamperów,
na przekór pogodzie (i innym gościom Nordkapu) wywalamy krzesełka, grila i cytrynówke, a co tam trzeba to uczcić, oj uczciliśmy........

Dzień 6
24.06.2008 ranek
.......................jakoś ciężko się rano pozbierać , głowa jak nie swoja, słońce razi,
mało, świeci jak oszalałe kac? nie, to nie kac, to przepiękna pogoda, widok aż po horyzont- ale nam się udało, napstrykaliśmy fotek do woli , szybki shoping i w drogę powrotną. Jakże inaczej, ciekawiej wyglada droga przy pieknej pogodzie. Na nocleg docieramy w okolicach Tromso.

Dzień 7
25.06.2008
Dziś w planie zamierzamy dotrzeć do Narwiku. Chcemy zwiedzić muzeum bitwy o Narwik- udało się, natomiast nie trafiliśmy na cmentarz żołnierzy polskich poległych w bitwie o Narwik. Szkoda bo zamiary były- miejscowi kierowali nas co raz w to inną stronę. Nie rozpaczaliśmy wiele, ponieważ pogoda dopisywała i wesoło ciągnęliśmy na archipelag Lofotów a dokładniej na najbardziej wysuniętą na północ wyspę Andoya.
Niestety zmęczenie kierowców daje znać o sobie a że jesteśmy na urlopie to buch na parking, kolacja, kilka wesołych drinków i spać.

Dzień 8
26.06.2008
Skoro świt o 10.00 :) ruszamy do Andenes- całkiem, całkiem miasteczko, na północy.
Tam bowiem mieści się jedno z dwóch centrów skąd organizowane są wyprawy na bezkrwawe łowy na wieloryby. Docieramy na miejsce i........zonk. Wszystkie miejsca wyprzedane. Gorzko trawimy tę pigułkę, dyskutując pomiedzy sobą a tu jeden ze sprzedawców zagaduje po słowiańsku- no Słowak. Od słowa do słowa i dogadujemy się na rejs na następny dzień. Pozostało nam pozwiedzać miasteczko, dziewczyny oczywiście wyskoczyły na jakiś shoping. W międzyczasie wyszła sprawa rezerwacji promu z Moskenes do Bodo- internet nic prostszego wydawałoby się- ale to tylko pozory.
Dorwaliśmy się do komputera w centrum informacji turystycznej a tu jakiś Mac???? :, i przeglądarka jakaś inna no a system po norwesku, za chole.... nie szło. W końcu udało się przestawić język i przystępujemy do rezerwacji. Cena nam wyszła z kosmosu-ale się wyjaśniło -to były przeprawy ekspresowe. W końcu udało się.
Wędrując po mieście trafiliśmy na targ- nabyliśmy rybę i krewetki w celu zgrilowania- udało się, popiliśmy piwem i zbieramy się do spania. Ponieważ przez większość dnia padało modliliśmy się o pogodę na dzień następny............

Dzień 9
27.06.2008
................. nasze modły zostały wysłuchane. Słoneczko jak się patrzy, wieje słaby zefirek- pogoda na wieloryby- marzenie. Wpadamy do centrum wielorybniczego- na początek zwiedzanie dawnej bazy wielorybniczej. Trochę historii, szkieletów które naprawdę robią wrażenie swoimi rozmiarami. Trochę zamieszania bo przysiedliśmy do grupy holenderskiej i nie kapowaliśmy ni w ząb o czym rozprawiają przewodnicy.
W końcu trochę pod prąd w kierunku zwiedzania dobiliśmy do grupy angielskiej i już było lepiej. Wreszcie przemarsz do portu i wypływamy. Płyniemy z godzinkę, łajba nieduża, coś z 30 metrów długości więc czasami miota niemiłosiernie ale zaaplikowali nam tabletki „antystresowe” więc dajemy radę. Mija następne pół godziny kręcenia się w kółko i wreszcie jeeeeest- nawet niedaleko wynurza się cielsko kaszalota nie był to taki z tych największych ale jest. Nagle obsługa łodzi podnosi alarm- co jest? Za moment wszystko się wyjaśnia- kaszalot robi kilka „innych” wdechów i na godzinkę urywa się pod wodę. Ledwo mijają pierwsze emocje a tu następny wieloryb. Trochę większy ale i trochę dalej. Pomimo odległości czujemy jego wielkość i majestat. Po kilku minutach sytuacja się powtarza- sygnał od załogi i wieloryb robi machnięcie ogonem i się zanurza. Pojawia się trzeci ale jest zbyt daleko więc tylko podziwiamy z oddali. Nagle, zupełnie blisko wynurza się przepiękny wal błękitny. Mamy dużo szczęścia, że mogliśmy z bliska i do woli podziwiać największego ssaka naszej planety.
Tradycyjnie machnął nam ogonkiem na pożegnanie i poszedł...... a nasza łajba zmieniła kurs na port. Zgodnie z założeniami, po rejsie pakujemy się do samochodów i robimy kurs powrotny na Langoyę- środkową z wysp archipelagu- niestety z nadmiaru wrażeń i zmęczenia szybka kolacja i lu,lu.
Dzień 10
28.06.2008
Rezerwacja na prom Moskenes- Bodo zrobiona, mamy więc jeszcze dwa dni i dwie noce na podziwianie Lofotów. Pierwszego dnia powolna jazda, podziwianie krajobrazów i miasteczek przez które przejeżdżamy- trzeba przyznać mają swój klimacik i ........
zapach- wszak są ojczyzną stockfisza- suszonej ryby. Wpadliśmy z wizytą do akwarium, mogliśmy podziwiać żywą faunę i florę Lofotów. Próbowaliśmy przycupnąć na nocleg w Eggum- podpowiedziany przez kolegę Kaimara ale było full- „widocznie reklamował to miejsce na forach obcojęzycznych”. Znależliśmy inne przytulne miejsce , zbieramy się do spania. Po chwili zjeżdzają się inni na nocleg, cóż, będzie rażniej.

Dzień 11
29.06.2008
Dziś kontynuujemy kontemplację ostatniej i najpiękniejszej z wysp archipelagu- Moskenes. Zwiedzamy miasteczko Leknes. Mieliśmy szczęście spotkać polkę od lat pracującą w miejscowej przetwórni. Opowiedziała nam co nieco o miejscowych specjałach: dorsza i wieloryba. Zrobiliśmy małe zakupy. Ruszamy dalej i trafiamy na zrekonstruowaną osadę wikingów- naprawdę zrobiła wrażenie, zarówno ogromem jak i wielką praktycznością samego obiektu. A że polusów wszędzie pełno również tutaj spotkaliśmy rodaka, który „z zamiłowania” pracował w obiekcie i bardzo chętnie nas oprowadzał i opowiadał.
Trafiliśmy do bajkowej i cukierkowej wsi o nazwie Nusfjord, niestety turystów było tak wielu że nie było gdzie zaparkować. Kontynuując przejazd upewniliśmy się w Moskenes że nasza rezerwacja jest aktualna. Odetchneliśmy z ulgą i ruszyliśmy na długie spotkanie z miejscowością o krótkiej nazwie A. Okazało się o tyle znamiennne że w którymś momencie złapaliśmy wędki i poszliśmy poświrować na ryby. Same pchały się na haczyk- złowiliśmy 11 szt. ryb i jedną mewę (podczas rzutu została trafiona błystką)-nie chciało nam się skubać pierza więc została wolno puszczona.
Rybki czym prędzej trafiły na grila, powiem wam, były pyszne. Tak obfity połów i pyszna kolacja były wspaniałym zakończeniem wizyty na Lofotach. Generalnie pogoda była wspaniała, jeśli lało to tylko nocą albo w czasie przejazdu.

Dzień 13
30.06.2008
Prom startuje o 6.00 więc wczesna pobudka o 5.00 i przejazd w piżamach kilka km do portu. Przed zaokrętowaniem czas na ubranie i kawę. W czasie rejsu ciekawostka geograficzna- przekraczamy granicę koła polarnego co kapitan promu uczcił sygnałem dzwiękowym, a na brzegu dostrzegliśmy mały globusik sygnalizujący to miejsce. Do Bodo przypływamy kilka minut po 9.00- wklepujemy do nawigacji adres muzeum lotnictwa i naprzód. Pomysł ze zwiedzaniem tego obiektu wypalił- nawet dziewczynom się podobało. Kolejny punkt programu znajdował się kilka km dalej- mianowicie Saltstraumen- miejsce gdzie mają miejsce 4x na dobę najgwałtowniejsze wiry pływowe -sukces był połowiczny bo trafiliśmy na odpływ a ten jest zawsze mniej widowiskowy. Ale i tak było na co popatrzeć. Po obiadku powoli ruszyliśmy na południe „drogą atlantycka” było co podziwiać. Pod koniec dnia zaliczyliśmy pierwszą przeprawę promową i przed pójsciem spać poszliśmy na ryby- ależ się działo, obfitość tak wielka że nasz sprzęt nie wytrzymał, po kilku ładnych sztukach Markowi (bo ja nie miałem wcale szczęscia) trafił się dorsz olbrzym- po ciężkiej walce został doholowany do brzegu a kiedy zastanawialiśmy się jak go wyciągńąć (podbieraka nie było)wziął się i urwał. Nie powiem, mieliśmy obfitą kolację z tego połowu ale co chwila wspominaliśmy tego urwańca

Dzień 14
01.07.2008
Po tych wszystkich atrakcjach dzisiejszy dzień zapowiada się mało ciekawie. Po pierwsze znowu pada, po drugie czeka nas typowa przejazdówka- zjeżdzamy z drogi atlantyckiej, chwilowo rezygnujemy z krajobrazów, kierujemy się na Trondheim drogą śródlądową, pierwsze miasto to Mo i Rana. Ot, typowe miasto, przelatujemy i tyle.
Smętnie tłuczemy kilometry, w końcu czas na kolację- smażymy dzień wcześniej złowione ryby, pycha. Po kolacji jeszcze obowiazkwy hazard, tj, któraś z gier planszowych lub kości.

Dzień 15
02.07.2008
Marek rozpoczyna dzień od zmiany koła, opona dokonało żywota na norweskich drogach
Po śniadaniu ruszamy do m. Steinkjer a potem odbijamy 30 km w bok, Chcemy podziwiać „Renifera z Bolo” ryty naskalne sprzed 6000 lat. Wracamy do głównej drogi i dalej na południe, dojeżdżamy do Trondheim- tu oglądamy z zewnątrz katedrę św. Olafa- największy budynek sakralny w Skandynawii, zresztą wybudowany 1000 lat temu przez anglików. W stylu podobny do katedry Norte, Dame w Paryżu. Ciekawostka w latach największej świetności biskupstwo Trondheim sięgało wysp Man i Owczych. Wyjeżdżamy z miasta w stronę fiordu z nadzieją znalezienia miejsca do wędkowania, tak się rozochociliśmy że zbaczamy nawet z trasy ale płonne były to nadzieje- każdy skrawek wybrzeża zajęty był przez „okupantów” z wielkiego miasta. Zmęczeni, oddajemy się hazardowi a potem idziemy spać.

Dzień 16
03.07.2008
Przed nami przeprawa przez Drogę Troli i Drogę Orłów. Marek po przykrym doświadczeniu z jedną oponą postanawia nie ryzykować. Z samego rana zajeżdża do serwisu oponiarskiego po opony. Opony mają dostępne we wszystkich markach pod warunkiem że wybierasz Michelin na dodatek z oznaczeniem camping- bierzemy dwie sztuki, oj, bolało ale po kilku km przekonał się że to była jedyna słuszna- spokojna głowa najważniejsza. Mnie jakoś kilometry nie wchodzą więc Hania zawładnęła kierownicą. Po drodze obiadek w przepięknym miejscu gdzie rzeka miała przełom a wodospady miło szumiały do kotleta, ech, ruszać się nie chciało.
Dojeżdżamy do Drabiny Troli, wyłania się to niespodziewanie i nie ma odwrotu- tylko do przodu, pomału mozolnie drapiemy się zakręt po zakręcie. Po drodze mijamy kilku palantów co ciągną w dół z przyczepami. Im wyżej, tym większe emocje, po drodze obowiązkowy przystanek i chrzest auta pod wodospadem. Z wypiekami ale bezboleśnie docieramy na szczyt. Kilka fotek, degustacja kiełbas reniferowo- łosiowych, krótka pogawędka z polonusami z wycieczki i zabieramy się za szukanie miejsca na nocleg. Nie ukrywam że po sukcesach wędkarskich myszkujemy po okolicy w poszukiwaniu łowiska. Ni stąd ni zowąd przejeżdżamy obok promu którym planowaliśmy przeprawę następnego dnia, prom stoi pod parą- krótka decyzja- okrętujemy. Tym sposobem wyprzedziliśmy nieco harmonogram. Stajemy na nocleg nad fiordem, niestety bez łagodnego dojścia do wody więc po kolacji siedliśmy do wódy
Dziewczyny nie odpuściły sobie wieczornego hazardu.

Dzień 17
04.07.2008
Dziś zapowiada się kolejny ciężki dzień dla samochodów. Tym razem zjazd w dół „drogą orłów” . Na dole zaś gwóżdż dzisiejszego programu- Geiranger Fiord.
Podobno najpiękniejszy a na pewno wpisany do listy dziedzictwa światowego UNESCO.
Widzieliśmy zdjęcia, widzieliśmy wiele innych fiordów ale na to co zastaliśmy na dole nie byliśmy przygotowani. W promieniach słońca fiord prezentował się imponująco.
Na środku kotwiczył wielki wycieczkowiec, na całym fiordzie masa sprzętu pływającego
Na brać kamperową czekają dwa ślicznie usytuowane campingi (przystępne cenowo) jednak sokoli wzrok Marka zarejestrował dziką, niezamieszkałą polankę i tam stanęliśmy- prognoza pogody bardzo zachęcająca a że jesteśmy z czasem do przodu zostaniemy tu dwa dni oczywiście na polance. Wyskakujemy tylko pojedynczo na kamping aby zrzucić to i owo oraz nabrać wody. Musimy pojedynczo bo masa chętnych na nasze free miejsce. Po południu spacerujemy do naprawdę niedużej mieściny.
Kupujemy sobie bilety na wieczorny rejs stateczkiem wycieczkowym po fiordzie.
Przewodnik angielski i niemiecki więc piąte przez dziesiąte kapujemy, zresztą tu idzie o widoki- te mówią same za siebie i żadna z pocztówek i fotografii nie odda piękna tego fiordu. Nabuzowani widokami i świeżym powietrzem wypoczywamy przy kamperach w towarzystwie dwóch kucyków które chowają się w cieniu naszych aut, a może liczą na coś więcej? Niestety zapasy świeżej marchewki się skończyły,

Dzień 18
05.07.2008.
Do południa laby ciąg dalszy, nigdzie się nie spieszymy a dziewczyny łapią opaleniznę.
Po południu startujemy w drogę do Lillehamer. Zaczynamy drapać się z doliny Geiranger, króciutki postój na miejscu widokowym, ostatnie foty i dalej do góry.
Myśleliśmy że po Drabinie Troli i drodze Orłów nic nas już nie zaskoczy a jednak.
Okazało się że obie dróżki to była przebieżka- najlepsze dopiero się zaczęło. Prawie 20 km stromy podjazd mocował się z moim autem i prawie mu dał radę- temp skoczyła do 110 st. no ale udało się. Wdrapaliśmy się tak wysoko że ponownie znależliśmy się w krainie wiecznego śniegu, co za uczucie z temp 30 st.C znależć się pomiędzy dzieciakami zjeżdżającymi po śniegu i obrzucającymi się śnieżkami. A do tego przepiękny widok na częściowo zamarznięte jezioro. Naprawdę robi wrażenie.
Dalej już była jazda z górki. I tak km za km stanęliśmy na nocleg na spokojnym przydrożnym parkingu. Muszek i komarów była cała masa, komary ?.... od słowa do słowa zaczęliśmy wspominać Finlandię. Przyszła pora na kolację, zrobiliśmy sobie grila z ostatnich zapasów i... „Finlandia” też się znalazła. Hazard to już rzecz oczywista.

Dzień 19
05.07.2008
Łagodna pobudka, wolnym tempem dochodzimy do pionu, Po śniadaniu ruszamy w stronę Lillehamer- ośrodka olimpijskiego. Skocznie widać z daleka, jakoś trafiamy na miejsce. Mimo że obiekt nie należy do klasy skoczni mamucich to robi wrażenie. Ba,mamy szczęście bo na skoczni mniejszej odbywają się skoki. Haneta próbuje wejść po schodach na obiekt a ja z córką jedziemy wyciągiem. Fajnie jest a spojrzenie za ramię ukazuje całą wysokość obiektu, jego stromość. Na szczycie zwiedzamy miejsce gdzie zwykle „Adaś” przygotowuje się do skoków. Wierzcie mi, na to również trzeba mieć odwagę. Z samej góry postanawiamy zejść po schodach. Jest to tym bardziej ciekawe że skoki cały czas trwają i mamy możność oglądać je w każdej fazie: start,szybowanie -lądowanie. Hani nie dało, wzięła swoje kijki i poszła w rundę po obiekcie olimpijskim.
Po powrocie dopiero poczuła się spełniona. Wszystko co dobre szybko się kończy, palimy maszyny i ruszamy ku nowemu- tym razem OSLO. Po drodze łapie nas ulewa i trzyma całą drogę. Do Oslo wjeżdżamy w strugach deszczu. Chmury nie zapowiadają rychłej poprawy więc w deszczu,pod parasolami zwiedzamy park Vigelanda. Kunszt artysty rzeżbiarza rekompensuje nam mokre ubrania. W planie mamy centrum starego miasta jednak z powodu pogody rezygnujemy, obieramy kurs na południe, ku granicy. Cały czas pada, a my tymczasem wjechaliśmy do Szwecji, zrobiło się jaśniej, przestało padać. Zatrzymaliśmy się na parkingu na nocleg, oczywiście ciepła woda, wc- serwis na miejscu, jak to w Szwecji. Ucinamy sobie pogawędkę z Polusami którzy czwarty raz ciągną do Norwegii- na zwiedzanie, nie zarobek. Dobrze że byliśmy mocno zmęczeni- bowiem na parkingu niedaleko stanęła na noc chłodnia z agregatem.
O dziwo hazardu zbiorowego nie było, tylko w podgrupach.

Dzień 20
07.07.2008
Czas płynie nieubłaganie. Dziś jak nic nam nie przeszkodzi wjedziemy do Goeteborga.
Potem mamy problem- zaoszczędziliśmy dwa dni i albo przeznaczymy je na absolutne lenistwo albo za namową Polusa z parkingu pojedziemy mocno na południe aż do Malmo .
Tam podobno czeka perełka w m. Lund- bardzo stare i zabytkowe miasteczko.
Decyzja zapadnie po śniadaniu. Wjeżdzamy do Goeteborga, drugiego co do wielkości miasta w Szwecji. Dość długo szukaliśmy miejsc do parkowania, trochę błądziliśmy ale udało się. (8kr/h)Wybieramy się na dłuższy spacerek. Na pierwszy ogień idzie słynne targowisko rybne, jesteśmy po południu więc nie mamy możności oglądać aukcji rybnych okazów. Nabywamy „coś” z wody, dokupujemy na innym stoisku jakiegoś pikantnego wyrobu masarskiego włoskiej produkcji. Na deser częstują nas serem feta, posypanym chałwą a całość zawinięta w naleśnik- no coś innego.Tak im te słodkości narobiły apetytu że wylądowaliśmy w cukierni, kawa,jabłecznik z sosem waniliowym i piernik z bitą śmietaną. Niestety, na dworze się rozpadało i dalsze chodzenie stanęło pod znakiem zapytania. Dziewczynom w to graj bo chroniły się w domach towarowych. My z Markiem poszliśmy na kebab. Ponieważ wcześniej był spacerek na skoczni to już po trzech godzinach wszyscy ciągnęli do samochodów. Lało niemiłosiernie wobec tego zjedliśmy kolację w samochodach. Dalej pada więc wynosimy się z miasta w kierunku środkowej Szwecji- zmierzamy do Boras, centrum przemysłu tekstylnego. Po drodze skręcamy w bok od hałaśliwej autostrady, znajdujemy cichy parking nad jakimś jeziorkiem. Nie chcemy moknąć więc rozwijamy markizy, leniwie sączymy piwko i oddajemy się hazardowi- dobrze że na tej szerokości geograficznej robi się ciemno i zmuszeni jesteśmy przerwać grę aby udać się na spoczynek. Z tym spokojnym parkingiem nie do końca nam wyszło bo gdzieś niedaleko była linia kolejowa :(:(
Dzień 21
08.07.2008
Śpimy do 9.00. Leniwa kawka i w drogę. Do Boras mamy niewiele ponad 40 km autostradą. Okazało się fajnym miasteczkiem z mnóstwem kafejek, sklepików.
Czysto i schludnie i spokojnie, nie widać pośpiechu. - w odróżnieniu od wielkich miast.
Ruszamy w dalszą drogę, autostrada zmienia się w drogę międzymiastową, sielskie krajobrazy ale żołądki domagają się swego więc stajemy na parkingu i czekamy z niecierpliwością na przygotowanie tego „coś z wody”. Tym czymś był porządny kawał łososia gotowanego z ziemniakami,groszkiem i marchewką. Mniam. Po spożyciu zrobiłem się jakiś senny, krótki popas i ruszamy do Jonkoping- dość duże miasto w środkowej Szwecji, położone nad drugim co do wielkości jeziorem. Suma sumarum jakoś tak zeszło że zatrzymaliśmy się w tym mieście na krótki shoping a nie na zwiedzanie. Potem próbowaliśmy ulokować się na noc nad jeziorem, wjechaliśmy do lasu i polnymi drogami do jakiegoś naturparku- wycofaliśmy się jednak stamtąd i za sugestią i pozwoleniem miejscowego bauera stanęliśmy na placu między jeziorkami.
Miejsce fajne ale paskudnie cięły muszki.

Dzień 22
09.07.2008
Rano o 9.30 obudził nas głośnym sygnałem dżwiękowym jakiś niedopieszczony szofer.
Pies go trącał. Tradycyjnie zaczęliśmy od kawy i ambitnych planów na cały dzień.
Ruszyliśmy w stronę Vaxjo i Karlskrony. Niestety wszystko legło w gruzach gdy z nudy i nadmiaru czasu zatrzymaliśmy się podmiejskim centrum handlowym. Daliśmy upust pakupkom do póznego popołudnia.
Wniosek dla potomnych:
NIE STAWAĆ NA BEZPŁATNYCH PARKINGACH PRZY CENTRACH HANDLOWYCH- wychodzi znacznie, ale to znacznie drożej.
Teoretycznie zadowoleni dajemy nogę w stronę domu poszukując miejsca na nocleg.
Trafiliśmy zaciszny parking, super miejsce. Był czas na piwko i gry.
Zdarzył się jeszcze jeden drobny incydent, jak się okazało brzemienny w skutkach.
Wjeżdżając na parking jakoś dziwnie zapracowało sprzęgło u Papamili.
Dwie próby ruszania i wróciło do normy.

Dzień 23
10.07.2008
Do promu zostało 35 km, nie musimy się nigdzie spieszyć, Kontemplujemy wyjątkowo dobrą pogodę, łapiemy promienie słoneczka, zadowoleni ruszamy do Karlskrony.ęPrzed miastem Marek postanawia dolać kilka litrów paliwa. Ruszamy i sprzęgło Jarka daje o sobie znać po raz drugi. Na dojeżdzie do promu już ostro się ślizga.
Zostało 2,5 km do promu a ja nie mogę podjechać pod śmieszny podjazd.
Czas na drastyczne środki, Marek wyciąga linkę holowniczą. Podziałało, auto ostatnim zrywem dociąga do portu o własnych siłach. Auto zostawiamy na parkingu a sami udajemy się do miasta na zwiedzanie. Przedtem jednak próbuję porozumieć się z ubezpieczalnią w/s zorganizowania transportu w Polsce. Totalna porażka. Półgodzinna rozmowa z panią o mózgu większym o jeden zwój od kury ( żeby nie biegała po podwórku i nie brudziła )ie przynosi żadnego rezultatu. Eh, gdyby nie wykupiony prom to pociągnęlibymy TU na koszty. Sytuację załatwił 1 !!! telefon do znajomego mechnika-pomoc drogowa będzie czekać w porcie i zabierze nas do domu a auto trafi do mechanika. Cała ta sytuacja nadaje się do kabaretu. Wracamy na urlop. Nawigacja nas bezbłędnie prowadzi do centrum, parkujemy i bierzemy się za zwiedzanie. Trafiliśmy na info turist, mamy plan i wg niego robimy obchód po Karlskronie. Ale zaczynamy od zimnego piwa w restauracji- ciągle za kółkiem, coś nam się należy. Dziewczyny w odwecie znalazły świetną lodziarnię, musiała byś dobra bo kolejka była nieziemsko długa- o czym przekonaliśmy się smakując lody.
Poezja, niebo w gębie albo jakby powiedział jeden z naszych klubowych kolegów „pełna chu....ka”.
Ponieważ Papamilowie byli już kiedyś w Karlskronie z dzieciakami, tym ciekawsze było poznawanie miasta przez ich latorośl- coś niecoś jednak zapamiętała.
Samo miasto czyste, zadbane, zresztą wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO
Wracamy na parking, daje znać niepokój jak nam się uda wczołgać na prom- oby nie na II pokład. Noc mija niespokojnie, co rusz ktoś podjeżdza, rozprostowuje kości i głośno po łacinie wymienia poglądy.

Dzień 23
11.07.2008
Zaokrętowanie przechodzi nadzwyczaj bezboleśnie, wystarczyło powiedzieć jedno zdanie o naszym problemie z autem a wjeżdżając do terminalu okazało się że wszyscy co powinni wiedzieli że mamy problem techniczny i zapakowali nas naprawdę super.
Płyniemy tym samym promem, więc bez pudła lecimy zająć „z góry upatrzone pozycje”
Nie ma również problemu z trafieniem do sklepów wolnocłowych :):).
W kinie nuda, zaczęli od znanych nam z ostatniego rejsu filmów.